Istnieją umysły przebiegłe na tyle, że wzrok nie potrafi dostrzec czerni, która się pod nim skrywa, czerni tak ciemnej, że pozbawione światła oczy i umysł samym sobą zwiedziony, to właśnie ją- ciemność, za światło uznać potrafi. Istnieją miejsca, do których światło zdaje się nie dopływać i choć życie w nich tyczyć się zdaje jak w każdym innym, na ulicach zabieganych w gwarze popołudniowego słońca. Nigdy nie wiesz jednak, czy promienie jego to promienie słońca, czy iluzja ciemności, czarnej na tyle, by ukryć prawdziwy obraz miejsca, myśli zbrukane fałszem, pod świętoszkowatą maską ukryte, szatan pod słowem Bóg, zło pod słowem dobro, świat masek z modlitwą na nich wymalowaną i złorzeczeniem w duszy.

Ząbkowice pozbawione było typowych miejsc służących rozwijaniu kontaktów towarzyskich czy spełnianiu kulturowemu. Niewielka kawiarnia należąca do Milewskiej upadła rok temu. Wysoka skala bezrobocia, jak i niskie dochody panujące w regionie sprawiały, że mało kto dopłacać chciał do kawy z lokalowego ekspresu. Kobiety wolały raczej spotykać się po domach, mężczyźni zaś bardziej zainteresowani byli ławką pod monopolowym, która zawsze tętniła życiem. Funkcjonująca do niedawna dyskoteka, uznana za źródło wszelkiego zła i demoralizacji, ulegając ostatecznie petycji podpisanej przez dużą część mieszkańców, również została zamknięta. Miejscem wszelkiego społecznego zgromadzenia pozostał jedynie znajdujący się na wzgórzu kościół, który nie tylko pod względem lokalizacji, stanowił centrum życia mieszkańców Ząbkowic.

Postukując laską o płytę chodnikową, szedł wolnym krokiem, przyglądając się powracającej do życia kwietniowej przyrodzie. Nie spieszył się, choć podeszły wiek Grzegorza i tak nie pozwalał mu dotrzymywać kroku innym, zmierzającym do kościoła mieszkańcom wsi. Podobnie więc, jak i w każdą niedzielę wyruszywszy w drogę nieco wcześniej, dając od czasu do czasu odpoczynek zmęczonym nogom, pozwalał innym mieszkańcom Ząbkowic wyprzedzać go na biegnącej lekko ku górze drodze. Przysiadłszy na ławce przy przystanku PKS, wzrok skierował na stojący przed nim, należący do rodziny Wiśniewskich dom, z którego po chwili niepewnym krokiem wyszła Katarzyna- najstarsza córka. Czekająca na nią za rogiem- Dagmara pozdrowiła ją ciepłym spojrzeniem, po czym udały się razem na ścieżkę biegnącą w stronę lasu, po której często lubiły spacerować. Oddaliwszy się dalej od zabudowań podobnie jak zazwyczaj, podały sobie ręce i zwolniwszy już kroku, zniknęły w pierwszych zalesieniach sprzed wzroku Grzegorza. Po wsi krążyły głosy, że jakoby łączyło je coś więcej niż tylko przyjaźń, a spostrzeżenia Grzegorza zdawały się to potwierdzać.

– Tęczowa zaraza!

Uwagę Grzegorza od linii lasu odwrócił nadchodzący wraz z żoną Krzemiński, właściciele największego gospodarstwa w Ząbkowicach.

– Niestety nie widzę dziś tęczy, tylko szare niebo.

Grzegorz odpowiedział półżartem, spoglądając przy tym wysoko nad siebie.

– Sąsiad wie, o czym mówię. Dziwie się jej rodzicom, że jeszcze jej nie pogonili. Ale jak już patrzycie tak wysoko…ten na górze wszystko widzi i zrobi to, czego Wiśniewscy nie potrafią. Prędzej czy później wygna je stąd, bo jeszcze będą psuć i pozostałe dziewuchy.

Grzegorz zachowując milczenie, spojrzał tylko krótko na Rafała, po czym zatrzymał wzrok na oprawionych w logo Gucci okularach przeciwsłonecznych jego małżonki Barbary, która poprawiając je nerwowo, odwróciła się w stronę kościoła. Kupiony podczas wypadu do stolicy płaszcz od Saint Laurent, wpasowywał się w towarzystwo eleganckiego garnituru małżonka, podkreślając wyższy status majątkowy Krzemińskich. Barbara ubrana jak zawsze szykownie wzbudzała wśród lokalnych kobiet zarówno zazdrość, jak i podziw. Idąc ulicą wkomponowana w wiosenne barwy przyrody, była dla nich jedyną przykuwającą ucho nutką koloru w jednostajnym monologu szarości, który przemawiał na każdym kroku do mieszkańców Ząbkowic, poprzez szare, dotknięte czasem elewacje domów, szare, okryte zmęczeniem twarze mieszkańców, które mijały się co rano w drodze po bułki, po codzienną monotonię, która nigdy nie wnosiła niczego nowego. Widząc wywołane jego badawczym spojrzeniem zakłopotanie Barbary, Grzegorz spuścił wzrok na swoje kolana i obserwując siedzącej na nich muchę, zwrócił się do Rafała.

– Kilka dni temu nasi bywalcy spod monopolowego pobili jakiegoś przejezdnego. Wszędzie tyle przemocy. A te dziewczyny nikogo nie krzywdzą, nikogo nie biją. Co myśli pan na temat przemocy?

– Być może ktoś tam sobie zasłużył i było to usprawiedliwione?

– Przez kogo? Tego na górze?

– A no..

Siedząca na kolanach Grzegorza mucha ochoczo przechadzała się po starej, dotkniętej reumatyzmem nodze, za nic mając toczącą się nad nią rozmowę.

– Widzi sąsiad, mógłbym zgnieść ją w każdej chwili, jednak z jakichś powodów, uznała, że jest mi równa i wie wszystko o moich zamiarach. Niebywałe, jak istota tak mała, może myśleć, że wie wszystko o kimś, kto w rzeczywistości jest dla niej niepojęty.

– Hmm.

Krzemiński uśmiechnął się tylko niezdecydowanie i ujmując małżonkę za dłoń oddalił się wraz z nią w kierunku kościelnego wzgórza.

– Stary dziwak!

Dało się usłyszeć Krzemińskiego szepcącego do swej usłużnie potakującej mu towarzyszki. Oddalili się, pozdrawiając mijających ich Górskiego wraz ze swoim synem, idących z naprzeciwka.

– Rafcio za dobry jest to i się babie w głowie przewraca. Prawie co w niedzielę widzę ją, jak pajacuje w tych okularach. Synu, chociaż ty znajdź sobie mądrzejszą, a i pieniędzy nie dawaj do ręki. O pan Grzegorz! Dzień dobry panie! Do Boga pomodlić się idziemy?

– A idziemy. Chociaż z Nim dosyć w domu się nagadam. Siedzę sam w domu, to i idę. Do ludzi idę. Wzrok pan widzę, dobry ma, choć wybiórczy.

– Wybiór..co?

– Widzimy, to co chcemy widzieć. Idę, bo się spóźnię. Do widzenia!

Wolnym krokiem ruszył przed siebie. Zza zakrętu wyłoniła się niewielka jeszcze sylwetka kościoła. Wzrokiem wyszukał znajdującą się przy ceglanej budowli ławkę, mając nadzieję, że i dziś napotka Sylwię, która lubiła przesiadywać tam przed poranną mszą. Po śmierci żony Grzegorzowi brakowało kontaktu z ludźmi, łatwo więc zaprzyjaźnił się z samotnie wychowującą dziecko Sylwią. Ona lubiła korzystać z rad starszego, doświadczonego życiem mężczyzny, on widział w niej drugą córkę, zastępującą mu po części tą rodzoną, która życie ułożyła sobie na drugim końcu Polski. Również i dzisiaj Sylwia bujając  lekko wózek pod kościołem, raczyła się powiewami świeżego powietrza, którego akurat Ząbkowicom nie można było odmówić. Grzegorz przyśpieszył lekko kroku, mając nadzieję na rozmowę.

– Słyszałam, że niewidome jest.

– Nieślubne, to ją pokarało. Kosiński nie powinien dawać chrztu takiemu.

– Wstydziłaby się tu siedzieć. Ludzie do kościoła idą, a ta tu paraduje.

Grzegorz rozpoznał zza swoich pleców głosy Gosińskiej i Klaczyńskiej, głosy stanowiące szczyt miejscowej plotkarsko-szpiegowskiej piramidy, których uwadze umknąć nie mógł żaden zakupiony w Ząbkowicach telewizor, nie mówiąc już o ciuchach i fryzurach kobiet wypełniających niedzielne ławki kościoła. Zszedł z brukowej ścieżki, podchodząc w kierunku ławki. Pogłaskał ręką śpiącego Kacpra, drugą poprawiając zawinięty kocyk.

– Śpi jak zabity.

– Przynajmniej nie słyszy słów dorosłych.

Sylwia popatrzyła na znikającą w kościelnych murach Gosińską i zamilkła w zamyśleniu.

– Wpadniesz dziś na herbatę?

– Biorąc pod uwagę, że serwujesz do niej najlepsze pod słońcem ciasto, chętnie.

– Zawsze miałeś tę lekkość do znalezienia  dobrego słowa. O dwunastej?

– A ty do pieczenia. Widzimy się o dwunastej. Idę, bo Kosiński mszę zaczyna. I nie przejmuj się ludźmi. Ich gadanie to ich problem, nie twój.

Wchodząc do kościoła, pozdrowił siedzących w ostatniej ławce Milewską wraz z mężem, należących do wąskiego grona osób we wsi, z którymi Grzegorz znajdował wspólny język i w towarzystwie których lubił przebywać. Po zamknięciu kawiarni Milewska wciąż zaopatrywała go w sprowadzaną przez siebie kawę.

– Wpadłbym później po zaopatrzenie?

– Czeka na pana. Zapraszam. Dzięki panu ciągle czuję się tu potrzebna.

– Póki jest zaopatrzenie, może się pani taką czuć.

Zażartował i ruszył do przodu w poszukiwaniu wolnego miejsca. Te znalazł niemal za plecami Gosińskiej, klęczącej obecnie przy odmawianiu różańca. Dźwięk dzwonka oznajmił początek mszy i zza pleców ministrantów na ołtarzu pojawił się Kosiński- wieloletni proboszcz parafii, wysoki, w dojrzałym wieku. Choć Grzegorz nie zawsze zgadzał się z jego zdaniem w pewnych kwestiach, uważał Kosińskiego za dobrego mówcę i bywało, iż z zainteresowaniem słuchał niedzielnych kazań. Tym razem jednak obecny w murach kościoła tylko ciałem, nie potrafił nawet stwierdzić, o czym była mowa Kosińskiego, a z wewnętrznych rozważań wyprowadziła go dopiero śpiewana przez parafian pieśń i tłumy wychodzące z ławek, zmierzające ku przyjęciu komunii. Gosińska z rękoma złożonymi do modlitwy wracała wolnym krokiem do swojej ławki, celebrując ten moment jak zazwyczaj, zerkając to w lewo, to w prawo, w upewnieniu, czy aby na pewno zostaje zauważona przez pozostałych wiernych, poszukując spojrzeń aprobujących jej wyjątkowość, stawiających pomnik jej świętości, tej, która żadnej niedzielnej mszy nie opuściła, tej, która z różańcem w dłoni się nie rozstaje, tej, która ubrana zawsze i uczesana bogobojnie i odświętnie i która przez to otrzymała przywilej osądzania innych, jej- boskiego pomazańca. Uklękła na powrót w ławce przed Grzegorzem i żegnając się dwa razy, złożyła ręce do modlitwy. Na pewno nie modli się o zdrowie dla Kacpra- pomyślał Grzegorz, zastanawiając się, komu właśnie ów pani złorzeczy w swoich rozmyślaniach. Kosiński kończąc sakrament komunii przeszedł do ostatniej części mszy.

– Ogłoszenia duszpasterskie! W niedzielę za dwa tygodnie będzie można otrzymać w naszej parafii odpust. Przed poranną mszą ksiądz Marek udzielać będzie spowiedzi, dla wszystkich chętnych na uzyskanie w tym dniu odpustu, chcących w pełni uczestniczyć w tym ważnym dniu.

Gosińska wyjęła z torebki notesik, zapisując datę, celebrując przed osobami siedzącymi w jej sąsiedztwie gotowość do obmycia się z grzechów, od których z drugiej strony deklarowała się być przecież wolna. Zadowolenie na jej twarzy zdradzało spodziewanie się dostąpienia rychłego wniebowstąpienia.

– Dosyć!

Wykrzyknął w stronę ambony Grzegorz, wprawiając wszystkich obecnych w osłupienie.

– Dosyć tej maskarady!

Powtórzył, wolnym krokiem wdrapując się na podwyższenie ołtarza.

– Co się stało panie Grzegorzu. Wyraźnie źle się pan czuję. Zapraszam na zakrystię. Przyniosę szklankę wody i porozmawiamy.

– Kosiński objął Grzegorza za plecy i delikatnym gestem skierował w kierunku zakrystii.

– Mi nie wody trzeba tylko mówić! Mówić mi trzeba!

Grzegorz podszedł do mikrofonu, uwalniając się z objęć Kosińskiego. Rozejrzał się, spoglądając wnikliwie na twarze parafian, wprowadzając chwilowo w mury kościoła grobową ciszę. Chwila zaczęła się przedłużać, aż w końcu pozwolił słowom popłynąć.

– Cisza, którą właśnie słyszycie, nie oznacza zastanowienia, co mnie sprowadziło do miejsca, w którym teraz stoję. Cisza, którą słyszycie, nie oznacza troski o mój stan psychiczny, o moje zdrowie, nie oznacza też życzenia, bym odnalazł się w przemowie, wsparcia, bym nie musiał schodzić stąd upokorzony. Cisza ta oczekiwaniem jest na sensację, temat do porannych plotek w sklepie, okazję na wyśmianie, pokazanie palcem i oplucie. Cisza ta jest strachem przed słowem, co nadwątlić może mur waszych fałszywych twierdzeń i przekonań o samych sobie, mur, który nie pozwala wyjść poza, ale i zamyka w tym, co znane, a nic tak nie pozwala na poczucie bezpieczeństwa jak to, co znane. Nic tak nie pozwala na bierność jak to, co znane, nic tak nie rozgrzesza z lenistwa i tkwienia w marności. Daj mi kłamstwo, które znam, bym nie musiał iść za prawdą, która nie wiem, co przyniesie. Strach i lenistwo! Widzę przed sobą garstkę porządnych ludzi i cały tłum masek o życzliwych twarzach, spod których wylewa się fałsz zdolny zatopić miasta, fałsz, w którym toną Ząbkowice, w którym toną wasze domy, a oczy wasze uśpione w iluzji, nie widzą powolnej śmierci, jaką sami sobie gotujecie. Obudźcie się, bo toną wasze dusze i ani mury tego kościoła, ani żadne inne nie uchronią was przed piekłem, którego tak życzycie innym, bo jeśli ktokolwiek ma niego trafić, wiedzcie, że jesteście pierwsi w kolejce. Wciąż jednak możecie zawrócić. Jestem już stary i niewiele czasu zostało mi na tym świecie, dlatego też nie dbam o to, co o mnie pomyślicie, ani co o mnie będziecie mówić, spotykając się znów na wytykaniu palcami innych. Nie dbam o to, co widzicie, patrząc na mnie, bo chcę patrzeć na siebie nie oczami ludzi, a oczami Boga i jego też oczami patrzeć na innych. Stoję tu i widzę ludzi, którzy gdyby tylko postarali się, mogli stworzyć by rodzinę z naszej społeczności. Zamiast jedności serc, widzę jednak pojedynczych ludzi oddzielających się od innych poprzez znieczulicę, którzy pochłonięci będąc obsesją karania, ukrzyżowaliby i małe, niewidome dziecko w wózku.

Spojrzał na Gosińską, która w obawie, przed tym, że adresat słów Grzegorza zostanie zdemaskowany przez resztę, nerwowo rozejrzała się na boki.  

– Widzę psychicznych terrorystów, ale i fizycznych, bo i tacy figurują w niepisanym poczcie świętych naszej parafii. Damscy bokserzy!

Krzemińska po raz kolejny poprawiła swe przyciemniane okulary, jednak wprawne oko zauważyć mogło zarys ukrywanej pod nimi opuchlizny. Mąż Barbary poprawił krawat, zaprzeczając Grzegorzowi,  pokazując jak porządnym i ułożonym jest człowiekiem.

– Widzę ludzi, którzy przypisali sobie prawo władania nad innymi, którzy dla uciszenia własnych sumień, do zawiści swej przypisywać chcą ideologię i wydłubując komuś oko, powiedzą, że Bóg tak chce. Gdy kilkaset lat temu palono na stosach za ziołolecznictwo, twierdzono, że Bóg chce śmierci czarownic. Gdy palono bluźnierców, za śmiałość twierdzenia, że ziemia jest okrągła i krąży wokół słońca, mówiono, że Bóg tego chce. Dziś w swoich umysłach podpalacie stosy dla tych, którzy chcieli wybrać się na dyskotekę i szukających w Ząbkowicach odrobiny radości. Siedlisko szatana trzeba było więc zamknąć. Spalicie na stosie każdego, jeśli tylko nie spodoba wam się kolor jego spodni, czy nowy telewizor, jeśli tylko będzie lepszy od waszego. Spalicie dwie, nieczyniące nikomu krzywdy dziewczyny, bo mają ochotę złapać się za rękę. Bóg tego chce, no przecież. „Słowo Boga” stało się idealną zasłoną, za którą ukryć można lenistwo i niechęć do zmieniania siebie na lepsze. Tymczasem nie ma innej praktyki Jego słowa jak ciągła przemiana i praca nad samym sobą. Innej praktyki nie ma! Widzę tutaj masę ludzi, którzy przychodzą w te mury co niedzielę, ba niektórzy nawet codziennie, wierzących, niepraktykujących! I przyjdą oni tu za dwa tygodnie, by oszukać swe sumienia, w iluzji skasowania swych przewin i czystego konta na szali dobrego i złego, opuszczą te mury, lecz jad w ich sercach pozostanie i oko wyłupane przez nich też pozostanie, bo zmieniać się nie chcą i błędów naprawiać też nie chcą. Wierzący, niepraktykujący! Istnieją umysły przebiegłe na tyle, że wzrok nie potrafi dostrzec czerni, która się pod nim skrywa, czerni tak ciemnej, że pozbawione światła oczy i umysł samym sobą zwiedziony, to właśnie ją- ciemność, za światło uznać potrafi, myśli zbrukane fałszem, pod świętoszkowatą maską ukryte, szatan pod słowem Bóg, zło pod słowem dobro, świat masek z modlitwą na nich wymalowaną i złorzeczeniem w duszy. Istnieje jednak droga wyjścia, lustro prawdy, gdzie spoglądając poprzez filtr nałożonych masek dostrzec można samego siebie. Każdy, nawet najgorszy niegodziwiec może mieć w sobie coś, co zasługuje na szacunek- to odwaga dostrzegania rzeczy takimi, jakie są, o ile tylko na nią się zdobędzie. Ta zaś daje możliwość zmian. Nie można bowiem zmieniać czegoś, przed czym się ucieka i czego widzieć nie chce. Spojrzenie w głąb siebie to narzędzie dla odważnych, pod dotykiem którego topi się każda maska, to wyzwolenie od tego, co plugawi i szansa nowe jutro, na nową wersję siebie. Czy macie jednak odwagę, by spojrzeć w lustro prawdy i odnaleźć w nim nową wersję was samych?

Grzegorz zamilkł, a po sali przeleciał szmer skonsternowania, jakby obecni na niej, podjąć mieli się narady, czy też lepiej stać się ludźmi, czy też nadal wmawiać sobie, że już nimi są, pozostając jednak imitacją, która choć zewnętrznie, z racji posiadania skóry i kości, ich przypomina.

– Czy macie w sobie odwagę, aby doznać wyzwolenia?

Grzegorz zszedł z ołtarza i wolnym krokiem zaczął zmierzać do drzwi wyjściowych, czując na sobie ciężar wszystkich spojrzeń i towarzyszącą im coraz głośniejszą wymianę zdań pomiędzy parafianami. Kosiński podszedł na powrót do mikrofonu, kontynuując głoszenia parafialne.

– Prace nad remontem dachu kościoła po dwóch latach starań są już w fazie wykończeniowej, pamiętajmy jednak, że również inne obszary naszej świątyni wymagają renowacji, czekają tak więc na nas kolejne wyzwania. Tymczasem jednak za wpłacone dniówki serdeczne Bóg zapłać wszystkim ofiarodawcom: rodzina Radomskich wpłaciła 2 dniówki, rodzina Zamojskich jedną dniówkę, rodzina Zarębskich 1 dniówkę, rodzina Gosińskich 3 dniówki, rodzina Krzemińskich 4 dniówki…

Po chwili znalazł się już na zewnątrz, a oczy jego skierowały się na pustą, dobrze znaną mu, przykościelną ławkę. Postanowił usiąść oraz nabrać sił przed czekającym go spacerem. Niedługo po tym drzwi kościoła otworzyły się i zaczął napływać z nich tłum parafian zatopiony w konwersacjach.

– Żyje sam po śmierci żony to i do głowy dostał. Niemniej, żeby tak się zachować, to wstydu trzeba nie mieć.

– O takim czymś to jeszcze świat nie słyszał. A widziałaś Zarębską? Wypindrzona jakby na imprezę szła, a na kościół to zabrakło już. Zawsze miała węża w kieszeni, baba.

Grzegorz spojrzał na zegarek i z zadowoleniem stwierdził, iż jest już po jedenastej.

– Zaraz czas na herbatę i kawałek ciasta, hmm może dwa, no dobra dwa. Piękny dzień dzisiaj! Piękny dzień!

Skomentował sam do siebie, zbierając się do drogi.

– Panie jaki piękny dzień? Widzi pan te chmury? U pana wzrok już niemłody!

Zagaiła znana mu z widzenia mieszkanka wsi, zmierzająca do kościoła na mszę na jedenastą trzydzieści.

– Wzrok to ja mam dobry, choć wybiórczy.

 

Ukłonił się i ruszył w kierunku domu Sylwii. Kolejny dzień w Ząbkowicach zaczynał tętnić życiem na ulicach zabieganych w gwarze popołudniowego słońca.

40 Udostępnień

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.