Nie walcz z problemami życia poprzez rozpacz i stany napięcia. Jedynym skutkiem działań wynikających z haosu, jest więcej haosu. Droga „modlitw” wypowiedzianych w rozpaczy biegnie poprzez zatracenie, w którym wątłe jak liść na wietrze słowa, giną zdmuchnięte przez zgiełk życia, obalone pod ciężarem niewiary, przykryte warstwą haosu, stworzonego przez same siebie. Droga do Boga biegnie poprzez zaufanie, gdzie na alei zatraconych, w zgiełku życia i odmętach haosu, to ono jedynym jest oparciem, jedyną szansą na zmiany na lepsze, niewidzialną ręką Boga, jak i drogą do niego. Zaufanie jest siłą, wobec której wątła jak liść niewiara, lęk, nienawiść jak i inne zrodzone z haosu twory braku odczuwania Boga, potrafią przepaść zdmuchnięte niczym liść na wietrze, obalone doniosłością przemian, które niosą pokój, jak i drogę do zbawienia na alei zatraconych.
Odczuwając Boga jako najlepszego przyjaciela, pozwól, by jego moc przejawiała się w twoim życiu. Będąc świadomym jego obecności, pozwól, by jego niewidzialne ręce dokonały zmian w twoim życiu, jak i w życiu wszystkich, którzy cię otaczają. Niech jego świadomość wnika w ciebie i tych, z którymi dzielisz swoją przestrzeń, rodzinę, przyjaciół, kolegów z pracy. Praktykuj to każdego dnia, a zobaczysz jak spokojniejszym i bardziej radosnym się staniesz, jak wiele spraw rozwiąże się na lepsze, a także jak pozytywnie zmienią się ludzie wokół ciebie. Niezbędnym jednak czynnikiem, by Bóg przejawił się w naszym życiu, jest zaufanie. Tylko będąc w wewnętrznej ciszy, możemy stać się naczyniem dla Bożej mocy i usłyszeć podpowiedzi od niej płynące. Inną składową niezbędną dla przejawienia się ów mocy jest wola. Bez pokochania siebie i innych, nie uruchomimy woli ku temu, by nasze i innych życie zmieniało się na lepsze. Stan pokochania i wybaczenia jest więc podstawą, by Bóg mógł przejawić się w naszym życiu. Co ważne, praktykowanie odczucia Bożej obecności nie jest czymś, co miałoby wypełniać naszą uwagę w sposób utrudniający codzienną aktywność. Podobnie jak oglądając telewizję i sprzątając kurze, świadomi jesteśmy tego, że przebywamy w mieszkaniu, jednak ciągła świadomość tego nie przeszkadza nam w wykonywaniu naszych prac, tak samo świadomość działania Bożej mocy pozostaje w tle i w ten sposób pozwalamy jej oddziaływać na siebie i innych, czy to oglądając telewizję, sprzątając kurze, czy też pijąc kawę ze znajomymi. Człowiek odczuwający Boże wsparcie pozostaje w wewnętrznym pokoju ducha, znacznie lepiej dystansując się do problemów życia doczesnego, dlatego też to wewnętrzny stan człowieka świadczy o jego związkach ze Stwórcą, nie zaś ilość przyjmowanych rytuałów/sakramentów. Osoba pozostająca w relacji z Bogiem nie lęka się opinią innych, kredytem w banku, czy rozmową o pracę. Jakie znaczenie mają one wobec faktu posiadania przyjaciela, z którym jeśli idziemy przez życie, wszystkie sprawy wyprostują się możliwie najlepiej? Człowiek taki nie popada również w gniew na innych za to, że nie są doskonali, a chcąc dla nich dobra, cierpliwie czeka, pozwalając Bożej mocy na zmienianie ich na lepsze. Zanurzając się w głąb siebie tam, gdzie gaśnie umysł i cichną myśli, będąc blisko Niego znika lęk, znika zazdrość, gniew, potrzeba osądzania, potrzeba posiadania ludzkich pośredników. Zamiast dostrzegania problemów, dostrzegamy rozwiązania, smutek ustępuje miejsca radości. Tam, gdzie dotąd gościł pesymizm, tam odzywa się nadzieja na lepsze jutro. Istnieje błędne przekonanie, że cierpienie jest stanem, który stawia nas bliżej Boga. Ba, usłyszeć można od co niektórych, że to Bóg oczekuje od nas cierpienia. Mówiąc o Nim, ludzie tacy zawsze będą starać się wprowadzać innych w stan grobowej powagi, napięcia, smutku, poczucia winy. Sami zachowując się, jakby mieli wsadzony w cztery litery kij, będą starać się tym samym robotem uczynić ciebie. Spróbuj przerwać ów grobową atmosferę, a uznają cię za wariata. Spróbuj zacząć tańczyć albo śmiać się tam, gdzie mówi się o Bogu, a staniesz się dla innych w najlepszym wypadku czubem, jeśli nie bezbożnym bluźniercą. Bóg postrzegany ma być nie jako twój przyjaciel, lecz jako groźny starzec siedzący na chmurce i grożący palcem. Gdyby ludzie ci odczuli jego miłość, zamiast trwożyć się, odrzuciliby kije z czterech liter i ruszyli do kawiarni lub na parkiet, a pozbywszy się w końcu zalegającego w nich ciśnienia, przyjaźniejszym okiem spojrzeliby na innych. Nie podlega wątpliwości, że cierpienie jest stanem, który każdy choć raz musi doświadczyć, by móc lepiej zrozumieć ludzi, samo w sobie jednak jest ono stanem braku odczuwania Boga. Doznałem w życiu zarówno stanu radości, jak i stanu beznadziei, przy czym drugi z nich nigdy nie przydarzył mi się, kiedy czułem Go przy sobie, jego siłę i doskonałość. Kroczenie razem z nim umacnia, czyniąc odporniejszym na przeciwności losu, pozwala cieszyć się życiem i doceniać to, co niesie ono Tu i Teraz. Sugerowanie człowiekowi cierpiącemu, iż to z racji jego wyjątkowości ów cierpienie zsyła na niego Bóg i w nim nakazuje tkwić, jest barbarzyństwem zamykającym człowieka w niemocy. Bóg chce szczęścia każdego z nas, a można je odczuć w każdej chwili. Wystarczy prawdziwie odczuć Go przy sobie, nie czytać o Nim, nie słuchać, nie starać się uwierzyć, a zwyczajnie odczuć, a wtedy przyjdzie radość i pokój ducha.
I tego też życzę nam wszystkim z okazji nadchodzącego roku 2020, by tam gdzie umiera stare „ja”, narodziła się nowa doskonalsza wersja nas samych, będących bliżej Boga i budujących przyszłość pod kątem służących wspólnemu dobru marzeń. Byśmy każdy dzień spędzali z odczuciem posiadania obok siebie najlepszego przyjaciela i podobnym przyjacielem byli dla innych. Wyjmijcie dziś kije z czterech liter, bawcie się, bądźcie bliżej Boga i ludzi, bądźcie w radości. Na zdrowie!

11 Udostępnień

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.