Gdyby człowiek mógłby być kwiatem, niejeden zostałby łodygą o wiecznie nierozkwitłych pąkach, opierającą się usilnie dążeniu zgodnemu ze swą naturą, dążeniu, które to nie leżałoby w kręgu jej zainteresowań, łodygą, która uznała tysiąc rzeczy za ważniejsze niż własny wzrost, nałogowo porównującą się z innymi, prowadzącymi tę samą wewnętrzną walkę nierozkwitłymi kikutami, walkę o więcej niż liści niż mają inne, o więcej gleby niż mają inne, więcej wody i światła, w pogoni, by być piękniejszą, gwiazdą w ogrodzie na firmamencie nierozkwitłych pąków, z których każdy choć wyjątkowy, a nie dał sobie szansy, by rozświetlić ciemne niebo.

Każdy dom, gdy powstawał, dzielił z innymi tę samą historię, a każda była wyjątkowa, choć związana z jednym, tym samym magicznym artefaktem i czarodziejem zdolnym, by się nim posłużyć. Artefaktem tym była łopata. Każdy dom powstał tylko dlatego, iż przyszedł moment, gdy ktoś tworzący nowe, chwycił za łopatę i zaczął kopać, nie przekładając tego do nadejścia kolejnej zimy, nadejścia złotego deszczu, mesjasza, aprobaty teściowej, nalotu kosmitów…zwyczajnie chwycił za łopatę i zaczął kopać dół pod fundamenty.

Jedną ręką chwyta długopis, drugą szklankę whisky wymieszaną z colą. Pod drżącą dłonią czuje ciężar atramentu, który przelać ma zaraz na kartkę papieru, pustą jak pustka w jego w głowie. Co napisać po kilkunastu latach braku kontaktu? Pozdrawiam? Jak się masz? Czuje ciężar bijącego serca. Już dawno zapomniał, że jeszcze cokolwiek tam bije. Wlewa w siebie zachłannie kolejnego łyka i odstawia szklankę. Spogląda jeszcze raz na odłożoną obok kartki pocztówkę z Egiptu, choć strach podpowiada mu, by udawać, że wcale jej nie widzi. Zza okna dociera do niego dźwięk opon nadjeżdżającego samochodu. Wykorzystuje to jako pretekst odłożenia kartki na bok, by po chwili podejść do okna i odpalić papierosa. Zaciągając się, spogląda na pierwsze zarysy ścian i powstające schody na placu budowy. Jeszcze nie tak dawno zobaczyć mógł zaledwie fundamenty, na których stanąć ma dom nowego sąsiada, jakim ma być pan Rysiek. Ten, jak co weekend przyjechał właśnie, by doglądnąć postępy ekipy robotniczej, jak i swoimi rękami wesprzeć ich w pracy. Teraz również krząta się z łopatą po budowie, przerzucając niezdarnie ziemię z zadowoleniem na twarzy, które Wacław najchętniej zdarłby niczym i tak schodzącą już miejscami ze ścian swego pokoju tapetę. Na plac budowy domu, który wyraźnie ma być większy niż dom Wacława, Rysiek przyjeżdża samochodem większym i nowocześniejszym niż samochód Wacława, a wysiadając z niego, chwali się światu ciuchami droższymi i bardziej na modzie, niż stare już dżinsy i niemodny sweter swojego sąsiada. Trzęsącą się z zazdrości ręką Wacław dogasza na parapecie peta i odwraca się, obdarzając badawczym spojrzeniem wystrój swego pokoju. Oczami wyobraźni, jak i fizycznym wzrokiem spogląda na wiszący pod popękanym stropem miedziany żyrandol, który to nabiera po chwili złoceń, by rozświetlić pokój samą szlachetnością swego tworzywa. Leżące pod czystozłotym żyrandolem, kupione w Ikei panele, zastąpione zostają drewnem pierwszego gatunku. W przestrzeniach pomiędzy deskami poprzysiągłby, że jest w stanie dostrzec złoto i im dłużej się w nie wpatruje, tym jaśniejszym blaskiem się ono mieni. Podążając wzrokiem za blaskiem odbijających się od podłogi promieni, zatrzymuje się na pustej przestrzeni, w której do niedawna stał piękny rodzinny fortepian, a który to Wacław musiał sprzedać podobnie jak kilka innych mebli i sprzętów gospodarstwa domowego. Już niedługo kupi nowe i tak wyposaży mieszkanie, by odwiedzającym go gościom oczy wyskoczyły z zazdrości. Jeszcze poczują respekt i ukorzą się przed królem okolicy. Na wezwanie jego odpowiada leżący na półce meblościanki telefon, na który właśnie przyszedł sms. Zawsze kładzie go obok przepisanych na serce leków, dzięki czemu pamięta o ich zażywaniu. Wygrzebuje z pudełek dwie tabletki Berimal i jedną Acard 75mg, po czym połyka je, popijając łykiem whisky. Chwyta do ręki noszący już ślady upływu czasu telefon, klikając odczyt wiadomości. Na kontakt od Adama, kolegi od pokera czekał w napięciu już od rana: „Przykro mi, że ostatnia partia nie okazała się dla Ciebie zbyt pomyślna, jednak wszyscy wiemy, że czasem, aby wygrać, najpierw trzeba przegrać. Jutro wieczorem gramy partyjkę. Minimalny budżet, jaki ze sobą przynosimy to pięć tysięcy. Bądź o dwudziestej. Do zobaczenia!”

Pięć tysięcy to gotówka, jaką na tę chwilę Wacław nie dysponuje. Jego uwagę przyciąga telewizor. Kamiński mieszkający parę domów dalej niedawno rozglądał się za używanym odbiornikiem. Ten nie ma wprawdzie 4k, jednak spory pięćdziesięciocalowy ekran i dobra głębia kolorów obiecują, że poszedłby za dwa tysiące. Nie namyślając się długo, chwyta ponownie za telefon.

– Może być trzy na krechę? Jeśli przegram, oddam w ciągu tygodnia.

Wacław wysyła wiadomość zwrotną do Adama i kieruje się w stronę stolika z whisky uzupełnić braki w szklance, po czym szybko skoczyć do Kamińskiego.

– Kupi czy nie kupi? A może Zieliński? Pójdzie za dwójkę? A może tysiąc dziewięćset? Jest jeszcze komis. Ale tam dadzą mniej? Gdzie jest kurtka? Do cholery gdzie… Jeszcze otworzyć okno! Otworzyć okno! Duszno tu, że nie idzie oddychać. Co jest? Co…?

Szklanka wypada z jego dłoni, rozsypując na kawałki a wraz z nią perspektywa nadchodzącej partii w pokera. Upadając bezwładnym ciałem na panele, Wacław dostrzega brak jej wyzłacanych elementów. Wie już, że nigdy takie nie będą. Wie, że mercedesa klasy S nigdy nie zobaczy przed swoim domem. Nigdy nie zobaczy też już córki.

– Przecież brałem tabletki! Do diabła, brałem te przeklęte tabletki! Zrobię wszystko, niech tylko ten ból już minie. Niech tylko ból minie! Niech jeszcze raz poczuję tylko deszcz, złoty deszcz, tylko dla mnie, dla mnie, dla mnie… Więcej złota!

Łapie się w okolice serca i plecami leżąc na podłodze, wpatruje się w sufit, nad którym to unoszą się atramentowe chmury. Złoty deszcz, który z nich spada, zaczyna przenikać strop pokoju, czyniąc go na powrót czystozłotym. Krople złotego deszczu ściekające na leżące ciało Wacława, dostają się do krwiobiegu, by wypełnić po chwili każdą komórkę. Ten otwiera szeroko usta, zachłystując się kroplami złota z dziką żądzą, zwierzęcym pragnieniem. Ciało jego wypełnia się deszczowym blaskiem. Targnięte zawałem serce wydaje ostatnie bicie. Wypełnione złotem nie zostawiło miejsca za życiodajną krew, nie zostawiło miejsca na miłość, nie zostawiło miejsca na czas. Blask złotego deszczu powoli blaknie. Deszcz atramentowych chmur zalewa pokój Wacława. Krople spadają na leżącą na stoliku niezapisaną kartkę i leżącą obok niej pocztówkę z Egiptu nadesłaną przez córkę:

„Wczoraj w końcu zobaczyłam piramidy. Te na pocztówce niestety nie oddają efektu, jaki towarzyszy człowiekowi oglądając te znakomite budowle na własne oczy, jednak wysyłam Ci tę kartkę, by podzielić się swoją radością. Przez tyle lat, kiedy nie mamy ze sobą kontaktu, niesamowicie brakowało mi, by móc zwyczajnie dzielić się smutkami i radościami ze swoim ojcem. Nie łudzę się i nie oczekuję, że odnowimy naszą relację i będziemy żyć jak prawdziwa rodzina, chciałabym jednak dostać od Ciebie choć list, jeden jedyny. Nie musisz pisać, dlaczego wyszło jak wyszło ani za nic przepraszać. Napisz cokolwiek, tak by list ten, był choć ostatnią wymianą wiadomości, jaką mogę mieć ze swoim ojcem i którą będę mogła wspominać. Dziś przemieściliśmy się na północ, także pozd aw am wr z z ro  iną z nad g r  ego  orza Śró   e  ego.”

Treść listu stopniowo rozmazuje się pod naporem zalewającej wszystko wody. Słowa tęsknoty i ostatniego błagania, które nigdy nie doczekają się odpowiedzi, sen o przyszłości, która nigdy nie nadejdzie, atramentowym niebem zatopione znikają w zapomnieniu.

W życiu istnieją sprawy, które większość z nas najchętniej przekładałaby w nieskończoność: wyjście rano do pracy, opłata rachunków,  egzaminy, sprzątanie…rozwój duchowy. Z jakichś względów szczególnie ostatnia z wymienionych czynności omijana jest szerokim łukiem, a planowany czas rozpoczęcia ów zadania zaznaczamy w kalendarzu, wybierając najchętniej datę…kopnięcia w kalendarz. Oczywiście podobnie jak przed podjęciem się wstania rano do pracy wraz z budzikiem, kiedy to potrafimy wymyślić pełen zestaw wymówek, które będą usprawiedliwiać nasze przekładanie owej czynności na później, jak na przykład stwierdzenie, że w zasadzie mamy jeszcze mnóstwo czasu (co zazwyczaj jest nieprawdą), tak i w przypadku przemiany duchowej potrafimy wmówić sobie iluzję, która najlepiej, jeśli będzie zwalniać nas przed koniecznością podejmowania się tego wyzwania w ogóle. Uwielbiamy żyć w kłamstwie, że coś zmieni się kiedyś, w bliżej nieokreślonej przyszłości. Nawet jeśli mówimy o zmienianiu się na lepsze, planujemy to ewentualnie na moment, gdy napotkamy dogodniejsze ku temu warunki: najpierw musimy spłacić kredyt, kupić nowy dom, dostać lepszą pracę, znaleźć partnerkę/partnera, odchować dzieci. Oczywiście owa postawa życiowa z biegiem czasu wchodzi nam w krew i nawet kiedy owe „lepsze” warunki pojawiają się, zaczynamy szukać innych wymówek i innych warunków, jakie muszą zostać spełnione, byśmy mogli zająć się udoskonalaniem swego człowieczeństwa. Tymczasem nie ma lepszego dnia niż DZISIAJ i nie ma lepszej chwili niż TA chwila, by zacząć zmieniać siebie i swoje życie, tak by nie musieć w przyszłości karmić się iluzją. Błędem jest też przekonanie, że zmienimy się, gdy wiatr zacznie wiać nam w plecy i życie będzie obfitować jedynie w korzystne z naszego punktu widzenia zdarzenia. Tak jak fizyczne ciało zmienia się pod wpływem zadanego oporu, tak przemiany duszy zachodzą w sytuacjach prób i tylko dzięki nim mamy możliwość wypalenia w sobie tego, co niechciane. Nie chciałbym zostać mylnie zrozumiany, iż staram się pisać o tym z perspektywy osoby, której owo błędne spojrzenie nigdy nie dotyczy i wszystko to ma już za sobą. Do ideału mi daleko. Staram się jednak być względem siebie uczciwy i jeśli czegoś nie mam jeszcze przerobione, to nie przez to, że życie na pewne przemiany mi nie pozwala, lecz przez własne lenistwo. To ono każe nam wierzyć w to, że Bóg pstryknięciem palca zrobi kiedyś wszystko za nas, każe wierzyć w złoty deszcz, w jutro, które może nigdy nie nadejść, o ile już dziś nie wykonamy pierwszego kroku.

Jedną ręką chwyta długopis, drugą szklankę whisky wymieszaną z colą. Pod drżącą dłonią czuje ciężar atramentu, który przelać ma zaraz na kartkę papieru, pustą jak pustka w jego w głowie. Co napisać po kilkunastu latach braku kontaktu? Pozdrawiam? Jak się masz? Pomimo ciężaru bijącego serca, zaczyna jednak nieśmiało kreślić pierwsze zdania:

„Nie było mnie przy Tobie, gdy zdawałaś maturę, nie było mnie, gdy przeżywałaś pierwsze zawody miłosne, ani wtedy gdy poznałaś Roberta i na świat przyszła Ola- wasze oczko w głowie. Nie było mnie, bo byłem zbyt zajęty grą, hazardem, szybkim zarobkiem. O ironio grałem, by pokazać, że dać wam mogę lepsze ciuchy, lepsze wakacje, dom z prawdziwego zdarzenia, bo bez tego czułem się nic nie wart, bo nie rozumiałem, czym jest dom, tego, że miałem go cały czas przy sobie. Gdy odeszłaś wraz z mamą, bo nie potrafiłyście już dłużej tego znosić i swój dom straciłem, wciąż grałem. Żyłem w przekonaniu, że jeśli zdołam odegrać wszystkie straty finansowe, a może i uzyskać pewną nadwyżkę, będę mógł was odzyskać. Inni ojcowie zabierali swoje rodziny na Majorkę i Wyspy Kanaryjskie. Chciałem być taki jak oni. Gdy jednak doszło do mnie, iż straciłem was bezpowrotnie, a zamiast finansowej nadwyżki sprzedawałem tylko koleje meble, wciąż grałem, po to, by tłumić ból, który czułem. Potem gorzkniejąc i popadając w beznadzieję, grałem, by udowadniać coś wszystkim wokół, tym, których nienawidziłem, a im bardziej nienawidziłem samego siebie, tym bardziej nienawidziłem ludzi. Jedyne czego pragnąłem, to czuć się lepszym od nich”.

Zza okna dociera do niego dźwięk opon nadjeżdżającego samochodu. Wacław, odchylając firanę, widzi nowego sąsiada krzątającego się z łopatą po placu budowy swego przyszłego domu. Popija kilka łyków whisky, po czym siada ponownie do pisania listu:

„Jestem już jednak zmęczony ciągłą pogonią za czymś, co bez was nie ma najmniejszego znaczenia, zmęczony samotnością i tym co czuję w środku. Mimo że od lat żyję już ze świadomością, jak bardzo nawaliłem, przez własną zatwardziałość nie szukałem kontaktu z Tobą, jednocześnie na nic innego tak bardzo nie czekając. Nie przywrócę już czasu, który mogliśmy przeżyć razem, a który bezpowrotnie minął, dołączam jednak w liście mój numer telefonu. Jeśli będziesz chciała zadzwonić i jeszcze kiedyś się ze mną spotkać, wiedz, że na niczym bardziej mi nie zależy. Tata”.

Wacław umieszcza list w kopercie i nakleja znaczek, przygotowując całość do wysłania. Wzrok jego przyciąga leżący na półce meblościanki telefon, na który właśnie przyszedł sms. Zawsze kładzie go obok przepisanych na serce leków, dzięki czemu pamięta o ich zażywaniu. Wygrzebuje z pudełek i połyka dwie tabletki Berimal i jedną Acard 75mg. Chwyta do ręki noszący już ślady upływu czasu telefon, klikając odczyt wiadomości: „Przykro mi, że ostatnia partia nie okazała się dla Ciebie zbyt pomyślna, jednak wszyscy wiemy, że czasem, aby wygrać, najpierw trzeba przegrać. Jutro wieczorem gramy partyjkę. Minimalny budżet, jaki ze sobą przynosimy to 5 tysięcy. Bądź o dwudziestej. Do zobaczenia!”

„Faktycznie wiele w życiu przegrałem, jednak dziś robię pierwszy krok ku temu, by się odkuć. Niestety musicie zagrać beze mnie. Pozdrawiam.”

Z poczuciem satysfakcji spogląda na trzymaną w dłoni kopertę. Kieruje się do piwnicy, by wydobyć nieużywaną już od lat łopatę, po czym wychodzi z domu.

– A co tam sąsiad ze sobą niesie? Łopatę? Kopać chcecie pomóc? Nie wiem tylko, czy wasza, aby za chwilę się nie rozleci.

Wacław przygląda się trzymanej w ręku łopacie i na trzonek, który zdaje się ostrzegać, że lada moment będzie odpadał.

– Magię ze sobą niosę. Prawdziwą magię. Gdzie zaczynamy?

17 Udostępnień

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.