Prawda przede wszystkim!

Staliśmy się niewolnikami iluzji, utraty której boimy się bardziej niż czegokolwiek. Jadąc w przepaść, zasłaniamy oczy, okłamując się, że nic złego się nie dzieje, że jedziemy we właściwym kierunku. By choć na chwilę odciąć się od strachu, popadamy w ślepotę, która daje nam ukojenie, chwilowo uwalnia  od strachu, ale i ślepotę, która nas zniewala, wiąże ręce, które odtąd służą jedynie temu, by zasłaniać wzrok i nie widzieć oczywistego faktu, że właśnie spadamy.

Odcinając się od prawdy, pobudowaliśmy mury fałszywych przekonań, które mają nas przed nią chronić. Wynajęliśmy budowniczych, którzy w naszym imieniu mają owe mury wznosić, dyktując, co jest prawdą, a co nie jest. Aby móc jeszcze bardziej się w owej iluzji zapętlić nasi budowniczy potworzyli wiele wersji „prawdy”, dając nam iluzję wyboru, jednocześnie kamuflując prawdę jeszcze bardziej, tak by w labiryncie innych „prawd”, nikt już nie był w stanie snaleźć tej właściwej. Powstała więc niezliczona ilość systemów politycznych, religijnych, filozoficznych, spomiędzy których mamy wybrać te, którym pozostawać będziemy wierni, idąc przez życie i spadając w przepaść. Do wyboru mamy wiele wirtualnych rzeczywistości, które możemy budować. Zapominamy jednak, że trzymanie przed sobą laptopa wyświetlającego prostą drogę, nie zmieni faktu, że rzeczywista droga właśnie skręca, a nasze auto właśnie ma z niej wypaść.

Żadne inne dyskusje nie budzą w ludziach tyle negatywnych emocji co polityka i religia. Zwyczajem jest, że różnice poglądów na tych właśnie płaszczyznach stają się przedmiotem kłótni i wzajemnych pretensji. Dzieje się tak dla dlatego, że człowiek nie jest przywiązany do prawdy i jej poszukiwania. Gdyby tak było, ludzie nie złościliby się na siebie za posiadanie innego punktu widzenia na dany temat. Wszelkie różnice byłyby wówczas jedynie przedmiotem dialogu, z którego każdy z rozmówców może coś wynieść, wymianą spostrzeżeń i poszukiwaniem nowych elementów, których dotąd my, bądź nasz rozmówca nie zauważaliśmy. Nikt kto poszukuje prawdy, bądź twierdzi, iż ją poznał, nie żywi negatywnych emocji do kogoś, kto ma inne zdanie, bo albo dopuszcza możliwość, że sam może być w błędzie, albo stara się naprowadzić drugą osobę na prawdę, którą już zna, pomagając swojemu rozmówcy. Nie trzeba chyba dodawać, że chcąc komuś pomóc, nie będzie odczuwał przy tym złości. Ta pojawia się, dopiero kiedy czujemy się zagrożeni. Chcąc utrzymać za wszelką cenę dotychczasowe postrzeganie świata, reagujemy negatywnie na wszelkie słowa mogące zburzyć naszą perspektywę, a to jej utrzymanie, a nie poszukiwanie prawdy, jest w tej sytuacji dla nas ważne. Rozmowa wówczas staje się próbą narzucenia innym naszego widzenia, a przekonując rozmówcę, przekonujemy samych siebie, utwierdzamy się jeszcze bardziej w swoich przekonaniach, odsuwając od siebie dalsze pytania i lęk związany z nieznanym. Każdy, kogo słowa zdają się zdolne by zburzyć nasz mur, staje się na czas rozmowy naszym wrogiem, wywołującym w nas na powrót lęk, od którego tak usilnie staramy się uciec.

Jak możemy więc rozpoznać, czy liczy się dla nas prawda i Bóg? Po emocjach! Będąc krzewicielami prawdy, pozwalać będziemy innym na odmienne poglądy, rozniecając jednocześnie iskierkę prawdy w nich, oraz pozwalając im na rozniecenie jej również w nas. Poszukując Boga, pozwalać będziemy innym na ich własne spojrzenie na niego, bez prowadzenia krucjaty nawracającej ich na jedyną, słuszną wiarę, wiemy bowiem, że żadne choćby najbardziej nietrafione poglądy innych, nie są w stanie odebrać nam Boga. Rozumiejąc zatem, że nikt poprzez posiadanie innego punktu widzenia, nie jest w stanie unicestwić Boga, wiemy, iż naszego Stwórcy przed żadnym człowiekiem bronić nie musimy. Jeśli zatem popadniemy w gniew do człowieka, który posiada inne spojrzenie na Boga, zadajmy sobie pytanie, czy bronimy w tym momencie Boga, czy też własnej strefy komfortu. Bóg naszej obrony przed człowiekiem nie potrzebuje, potrzebuje jej jedynie nasza wirtualna rzeczywistość, której tak kurczowo się trzymamy. Jeśli zdołamy jednak ugasić nasze ego i zaakceptować, że Bóg naszej ochrony nie potrzebuje, dostrzeżemy że nic w tym złego, wciąż możemy bowiem obronić samych siebie i naszego rozmówcę przed iluzją, przybliżając innych, a także nas samych do Boga, wszyscy bowiem staliśmy się w mniejszym, lub większym stopniu częścią wirtualnej rzeczywistości.

Cechą charakterystyczną robota jest niewykraczanie poza wdrukowane mu programy, oraz brak możliwości samodzielnego wnioskowania. Wszystko, co robot będzie wykonywał, wynikać będzie z wcześniej wdrukowanych w niego komend. Ludzie interesujący się polityką w Polsce, w większości, dzielą się na sympatyków lewicy, walczących zajadle z sympatykami prawicy, którzy z kolei walczą z tymi pierwszymi. Ilu jest tych, którzy dopuszczają zaczerpnięcie po trochu z obu z tych systemów, bądź wręcz stworzenie całkiem nowych idei? Ilu jest tych, którzy potrafią dostrzec zarówno dobre, jak i złe strony, tego co wnoszą kolejne ekipy rządzące? Większość uczepiona ślepo konkretnej partii politycznej salutuje wszystkiemu, co powiedzą jej liderzy, jednocześnie krytykując ślepo wszystko, co wywodzi się z obozu przeciwnego. Wszystko dlatego, że nie liczy się prawda i dobro kraju, a konkretna ideologia, konkretna partia, która musi trzymać władzę, dostarczając nam programów instrujących nas jak żyć i w co wierzyć.

Czy szukając Boga zdajemy się na własny głos wewnętrzny, poprzez który On do nas przemawia, czy też korzystamy z jednego z gotowych, podesłanych nam programów, zawierającego instrukcje od a do z, mówiącego o tym, czego oczekuje od nas Bóg? Czy utrzymując własną relację z Bogiem, korzystamy z podpowiedzi innych, jak z potencjalnie wartościowego źródła informacji uzupełniających naszą duchowość, czy też opieramy naszą wiedzę o Bogu właśnie głównie na źródłach zewnętrznych, podanych nam na tacy przez innych ludzi, którzy wcześniej swoją wiedzę również zdobyli z podanych im na tacy sugestii innych ludzi? Czy nasza wiara we własny kontakt z Bogiem jest tak słaba, a poczucie własnej wartości tak niskie, że z góry zakładamy, że Bóg umiłował innych tak bardzo ponad nas, że to właśnie oni i tylko oni dostąpią zaszczytu osobistego kontaktu z Bogiem, nam zaś zadowalać przyjdzie się jedynie ich relacją z tego kontaktu i przypominaniem, że pójść w ich ślady nie możemy? Co każe nam wierzyć w to, że Bóg kocha innych bardziej niż nas, nie tak samo, ale bardziej i wyniósł jedne dzieci ponad inne? I ostatnie pytanie, czy też moje słowa być może choć częściowo wnoszą coś interesującego, czy też są głosem wywołującym niechęć i niepokój?

Tematem na topie ostatnio stały się przypadki gwałtów i molestowań dokonywanych przez księży. Dla osoby, dla której liczy się Bóg, sprawą szczególnie ważną powinno być odsłanianie wszelkiej krzywdy, a szczególnie tej dokonywanej przez ludzi, którzy o Bogu mówią. Dlaczego? Dlatego, że istnieje duże prawdopodobieństwo, iż człowiek, który krzywdzi innych w szczególnie dotkliwy sposób, niewiele wie na temat Boga, jak i duchowości. Jak wspomniałem wcześniej, ludzie mają tendencję do stawiania nad sobą autorytetów i przyjmowania bezkrytycznie wszystkich ich słów. Zawierzanie wszystkim słowom osoby o marnej kondycji duchowej niesie ze sobą to ryzyko, że trafimy wśród nich na prawdy upośledzające naszą duszę, a które to prawdy przyjmiemy jako swoje, zamykając w sobie drogę rozwoju. Wszelkie ujawnianie zła takich ludzi, powinno mieć więc szczególne znaczenie, nie w celu karania i odwety na kimkolwiek, lecz w celu osłabiania siły ich słów, za zmniejszonym autorytetem moralnym idzie bowiem mniejsze przywiązywanie się ludzi do treści przez owe osoby propagowanych.

Nie jest jednak ostatecznym rozwiązaniem problemu zaglądanie w umysły i życiorysy wszystkich ludzi w celu ocenienia potencjalnej przydatności treści, które głoszą. Prawdziwym rozwiązaniem problemu jest zrozumienie, że my wszyscy w stosunku do Stwórcy jesteśmy w duchowych powijakach, w związku z czym nie ma sensu skrajnie przywiązywać się do słów kogokolwiek. Należy natomiast skierować się do swojego wnętrza i do Boga, który poprzez nie do nas przemawia. Dopóki w tym kierunku nie pójdziemy, zawsze będziemy, a to zwodzeni przez innych, a to znów naprostowywani przez innych, a w każdej grupie społecznej, czy będą to politycy, księża, artyści czy górnicy, znajdują się ludzie duchowo mniej i bardziej czyści. Dopóki fakt ten będziemy brać pod uwagę, dopóty zachowamy zdrowy dystans i zamiast pełnego zawierzenia ludziom, pełniej zawierzymy Bogu, a ten jest zawsze czysty.

 

Szczerze powiedziawszy, gdybym miał powiedzieć innym, że znam więcej, niż w jednym procencie zamierzenia Boga, że jestem jego, wyniesionym ponad innych sługą, posądziłbym się o roznoszącą mnie od środka pychę, oraz o zbaczanie z drogi do Boga. Pozostaje mi więc mówić prawdę, że jestem taki sam jak inni. Starając się ująć swoim rozumem Boga i opisać go słowami, mogę stwierdzić, że wiem niemal tyle, co nic. Pewnego razu, zasłaniając dłoniami oczy i wypadając powoli z drogi, wjeżdżając na wyboje, moje ręce zatrzęsły się, pozwalając dostrzec na chwilę przepaść, duchową przepaść, do której właśnie się zbliżałem. Szczęśliwie załapałem, iż zasłaniam oczy nie tyle przez to, że spadam i nie chcę tego widzieć, a osuwam się w dół dlatego, iż oddałem kierownicę pasażerom i laptopowi trzymanemu na kolanach. Załapałem, że upadek to nie moje przeznaczenie i że biorąc na powrót odpowiedzialność za stery, mogę wrócić na właściwe tory. Starając się nieudolnie tego dokonać, raz po raz, a to oddaję kierownicę, zasłaniając oczy, a to znowu wracam na szosę, wydostając się z wertepów. Pozostaje mi mieć nadzieję, że wrócę kiedyś już na zawsze na właściwe szlaki, jako że dłuższy czas jazdy po wybojach moje auto mogłoby nie wytrzymać. Wiecie, mojemu Renault Scenic stuknęła już osiemnastka, a i żadna z niego terenówka nie jest. 

31 Udostępnień

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *