Nie jestem pewien już, czy podobnego rodzaju wpis nie powstał już wcześniej, a że materiał robi się powoli rozciągnięty w czasie jest to całkiem możliwe, rozciągnięty w czasie, choć nie do końca jeśli chodzi o obszerność treści. Siadam do pisania niezbyt często, trochę przez brak czasu, trochę przez nie do końca przepracowane lenistwo i trochę przez to ostatnie zamiast przelatywać ku sprawdzeniu przez wszystkie wpisy, podejmę się rzucenia trochę innego światła na luźno wybranych kilka zagadnień, które powszechnie pojawiają się w ujęciu tematu duchowości, a które rozumiane są niewłaściwie. Zapraszam do krótkiej lektury.

Miłosierdzie Boże

Stwierdzenie, które bardzo dobrze oddaje, często spotykane rozumienie miłosierdzia Bożego to: „Bóg mnie kocha, więc nie ma znaczenia, jakim będę człowiekiem. I tak zostanę zbawiony”. Miłosierdzie Boga mylone jest z pobłażaniem i głupotą. Mało kto pomyśli, że przyzwalając nam na wszystko bez żadnych konsekwencji, Bóg musiałby uznać, iż kocha tylko nas, innych zaś których krzywdzimy słowem, czynem, bądź myślą, już miłością nie darzy. Bóg taki, nie tylko kochałby jedynie wybranych ludzi, ale i czyniłby z nich duchowe kaleki, niezdolne do odszukania w samych sobie no właśnie… miłosierdzia. A czym więc ono jest? Cóż, nie jestem ani Bogiem, daleko mi też z pewnością do najmądrzejszych duchowo ludzi, łatwiej mi więc pisać o tym, czym miłosierdzie na pewno nie jest. Postaram się jednak o własną interpretację tego pojęcia, mając nadzieję, że będzie ona jak najbliżej prawdy, a o prawdę w końcu tutaj chodzi. Miłosierdzie tak więc jest przede wszystkim daną nam możliwością naprawienia naszych przewin, tak by pomimo popełnianych wcześniej błędów, mogliśmy z budowanego przez nas dzieła, jakim jest nasze życie, stworzyć wartość dodatnią, która służy innym, pomagając również im wnieść coś wartościowego w życie swoje i tych, którzy ich otaczają. Nie jest ono wymazaniem win człowieka, tak by zbawić jego duszę i pozwolić na oglądanie Boga, a pomocą w naprawieniu jego win i w takiej przemianie duchowej, która umożliwi mu oglądanie Boga. Miłosierdzie jest czymś, co zmienia człowieka nieświadomego w prawdziwe dziecko Boże, które swoją postawą udowadnia, że nim właśnie jest. Przyzwalając nam na wzajemne plucie na siebie, bez ponoszenia żadnych konsekwencji, Bóg czyniłby z nas karykatury ludzi, które z dzieckiem Bożym mają niewiele wspólnego.

Jakie więc konsekwencje mamy ponosić za swoje błędy? Z pewnością konieczność naprawienia tego, co czyniliśmy innym, jak i wszystko co potrzebne, by nas do tego doprowadzić. Jeśli koniecznym do zaprzestania sprawienia cierpienia innym, jest zrozumienie jego istoty poprzez doświadczanie go na sobie samym, również i taka ścieżka będzie dla nas wskazana, jednak nic ponad to, co potrzebne dla naszej przemiany. Nie wierzę w istnienie czegoś takiego jak kara boska, wierzę natomiast w naukę daną od Boga. Kara wiąże się z nienawiścią, nauka z miłością. Jeśli ktoś opowiadać będzie o gniewnym Bogu, znaczy, że sam nie poznał natury miłości, Boga zaś interpretuje na swój niedoskonały sposób, stawiając siebie i swą własną nienawiść jako odniesienie dla natury Stwórcy.

Wracając do naszego: „Bóg mnie kocha, więc nic nie muszę”, wielu prosi o takie właśnie „miłosierdzie” w stosunku do siebie, po to też chodzą do spowiedzi, licząc na wymazanie win, sami jednak nie mają zamiaru wybaczać swoim winowajcom, żyjąc wewnętrzną urazą i licząc, że tym co spotka tamtych, będzie kara boska. Pytaniem, jakie warto by każdy z nas zadał sobie, jest: Jak często w swoich modlitwach proszę o miłosierdzie dla siebie, a jak często dla innych? Czy choćby czasem zwracamy się do Boga z prośbą o zbawienie dusz innych ludzi? Czy bez wyzwolenia w sobie pragnienia zbawienia dla innych, mogę zbawić samego siebie? Czy bez obudzenia w sobie miłosierdzia dla innych, mam prawo prosić o miłosierdzie dla mnie?

Pamiętaj abyś dzień święty święcił

Są takie dni w roku, kiedy ludzie stają się dla siebie lepsi, na ten czas potrafią wybaczyć sobie, po to, by usiąść przy wspólnym stole i zbudować atmosferę ciepła i jedności, wyraźnie bardziej dostrzegalną niż w naszym codziennym życiu, w ciągu roku. I jest w tym z jednej strony coś pięknego, z drugiej i zarazem smutnego. Dlaczego? A no dlatego, że nie dostrzegamy, że każdy dzień naszego życia powinien być traktowany jako święty. Gdybyśmy przez wszystkie pozostałe dni roku tak samo dążyli do budowania atmosfery bliskości z innymi, jaką budujemy w Boże Narodzenie (i nie mówię tu o konieczności codziennego spotykania się przy karpiu i choince), świat miałby szansę być lepszy. Z jakichś jednak przyczyn stwierdzamy, że pozostałe około 350 dni w roku nie zasługuje na naszą duchową uwagę. Jeśli potrafimy z własnej woli być lepszymi ludźmi przez wybrane dni w roku, znaczy to, że mamy potencjał, aby wolę tą przelać również na całość naszego życia, potencjał ten jest jednak marnowany przekonaniem, iż walka o nasze człowieczeństwo i budowanie lepszego świata przynależą jedynie Wielkanocy i Wigilii. Rozchodząc się następnie z rodzinnych gościn i wdając się w wir życia, pracy, obowiązków zapominamy o swoim Bożym Synostwie. Owych kilka dni w ciągu roku wciąż mogą oczywiście odgrywać symboliczną rolę przypomnienia o tym, co istotne, jeśli jednak dostrzeżemy świętość całego naszego życia, stwierdzimy, że same w sobie nie są bardziej święte niż każda kolejna niedziela czy poniedziałek. Świętem jest nasz każdy dzień, każda minuta, każda rozmowa z napotkanym człowiekiem, każde nasze słowo i każda myśl. Nie odbierajmy im tej świętości.

Czystość

Temat ten poruszałem już wcześniej, napiszę więc tylko w skrócie dla przypomnienia: czystość to nie wstrzemięźliwość od seksu, wstrzemięźliwość od zabaw, gry w bierki, oglądania „Gumisi” czy Walta Disney’a. Czystość duchowa to czystość od pychy, zazdrości, gniewu, chciwości i innych przymiotów uwłaczających naszemu człowieczeństwu. Wszystkie one zanikają tam, gdzie pojawia się miłość.

Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina

Poczucie winy jest czymś, co może powstrzymywać człowieka przed jeszcze większym stoczeniem się, potrafi chwycić nas i przytrzymać, nie pozwalając jeszcze bardziej spadać w dół. Ma ono jednak jedną podstawową wadę- nie pozwala również wznosić się do góry. Jak więc powinniśmy na nie spojrzeć? Czy jest ono dla nas czymś dobrym, czy czymś złym? Wszystko zależy od tego, czy nie chcemy jedynie czynić więcej zła, tkwiąc jednocześnie w wewnętrznym cierpieniu, czy też stwierdzamy, iż chcemy naprawić to, co naprawić się da i od tej chwili budować dobro. Podejrzewam, że nikt nie zakwestionuje stwierdzenia, iż wybaczanie innym jest czymś wskazanym. Jest ono naszą wewnętrzną akceptacją niedoskonałości drugiego człowieka oraz dopuszczeniem faktu, że mimo owej niedoskonałości jako dziecko Boże, posiada on potencjał na zbudowanie siebie lepszego w przyszłości, jak i naprawienie swoich błędów. Brak wybaczenia jest natomiast odmówieniem prawa drugiemu człowiekowi do jego wewnętrznej przemiany, odmówienie prawa do jego synostwa Bożego. Do samo tyczy się naszego podejścia w stosunku do nas samych. Brakiem wybaczenia odmawiamy sobie prawa do spojrzenia na siebie jako na dziecko Boże i rozwinięcia swoich skrzydeł. W tym wypadku ciągłe poczucie winy będzie siłą powstrzymującą nas przed pójściem naprzód i budowaniem wokół siebie dobra. Bóg chce byśmy obok kochania innych, kochali także siebie, a często właśnie brak naszej miłości do samych siebie popycha nas do czynienia zła. Zamiast więc powtarzać w kółko Bogu o przyznaniu do swoich win, nie robiąc jednocześnie nic aby zmienić się na lepsze, może warto stanąć przed nim czasem i powiedzieć: ok tam zawaliłem, ale to i tamto zmieniłem już na lepsze, a przyjdzie i czas na kolejne zmiany, bo jako Twoje dziecko jestem godzien zmian na lepsze, dla chwały imienia Twego.

Nawrócenie

W historii każdej religii możemy doszukać się motywu nawracania. Nawracanie dotyczyć ma przekonania tzw. innowierców do prawdy objawionej, która dla każdego wyznania będzie czym innym, jej głównym zaś fundamentem, kwestią sporną jest uznanie prawowitego imienia Boga. Fundament ten jest priorytetem, wykraczającym poza wszelkie wartości takie jak choćby dobro, które to przybiera wartość niemal marginalną. Gdyby było inaczej, nie musielibyśmy dziś stawać przed faktem, iż mało co na przestrzeni dziejów, pociągnęło za sobą tyle przelanej krwi co zjawisko nawracania. Nie ma sensu dociekać, która z rzezi okazała się bardziej krwawa od innych, nieważne już czy będzie to dżihad,  wyprawy krzyżowe, czy też „sukcesy” innej „armii boga”. Wszystkie one posiadają część wspólną- miecz z imieniem boga na jego ostrzu. I nawet jeśli metody walki pośród części ruchów religijnych zmieniły się, wciąż pozostaje kwestia głębokiego niezrozumienia tego, co jest istotą nawrócenia, wciąż niezmienną pozostaje wiara, iż kwestią najważniejszą jest, jakie imię przypiszemy Bogu. Faktem wielce irracjonalnym zdaje się, że choć każdy człowiek, mimo posiadania w sobie cząstki Boga, zamiast dostrzec ją we wszystkich innych, jak i podobieństwo, które łączy nas z racji posiadania ów Boskiego pierwiastka, woli spierać się o imię Źródła, od którego cząstka ta pochodzi, czując się zarazem bliżej Źródła, tylko z racji nadania mu takiego, a nie innego imienia. I zaprawdę powiedziałby Jezus, że wszyscy oni potrzebują nawrócenia, jako że dostrzec nie potrafią, iż jedynym prawdziwym elementem zbliżającym nas do Boga jest dobro ludzkie, a jedynym prawdziwym nawróceniem, nawrócenie jest na dobro, każdy kierujący się miłością nawróconym, a kierujący się zawiścią heretykiem jest.

Nie będziesz miał Bogów cudzych przede mną

To paradoksalne, że ludzie którzy z jednej strony wliczają to przykazanie w poczet swych najważniejszych drogowskazów na życie, czczą nie Boga i własną z nim relację, a innych ludzi, przypisując im cechy boskie takie jak doskonałość i nieomylność. Tendencję tą wykazujemy szczególnie w odniesieniu do hierarchów kościoła, których słowa nie są traktowane jako możliwa trafna wskazówka, lecz przyjmowane są z odgórnym założeniem ich nieomylności, przy odrzuceniu jakiejkolwiek ich analizy i weryfikacji. Człowiek niechcący łamać przykazania Bożego, stawiający nad sobą tylko jednego Boga, nie przyjmowałby jako przykazanie słów innego człowieka, który jako że Bogiem nie jest, żadnych przykazań nie może ponad innymi stawiać. Drugi człowiek jest naszym bratem, jednak nigdy nie Bogiem, jeśli więc przyjmuję wszystkie słowa drugiego człowieka jako prawdę objawioną, warto abym usłyszał w swoim sercu głos: „Nie będziesz miał Bogów cudzych przede mną”! Nie twierdzę w żadnym razie, iż nie możemy usłyszeć od przedstawiciela kościoła wartościowych treści. Twierdzę jedynie, iż każdy z nich jest jedynie moim bratem, który w pewnych kwestiach może mieć rację, w innych natomiast może się mylić, bratem, który to w przypływie pychy, miast bratem, nakazał nazywać się ojcem i przez wielu, którzy zapomnieli o tym, że Ojciec jest jeden- „niebieski”, tak też w ich uniżeniu jest nazywany, dla mnie jednak, mimo iż szanuję go, tak samo jak i wszystkich innych, nigdy Bogiem nie będzie, jako że nie mam bogów cudzych przed Nim.

W 1616 roku dzieło Mikołaja Kopernika De revolutionibus orbium coelestium o obrotach ciał niebieskich, zostało wpisane na indeks ksiąg zakazanych, wprowadzony przez kościół katolicki w 1559 roku. W 1644 r. papież Aleksander VII wydał bullę Speculatores domus Israel, w której potępiono wszelkie dzieła utrzymujące, że Ziemia porusza się wokół słońca. Dzieło Kopernika zostało zdjęte z indeksu w roku 1828, jednak fakt ten nie oznacza, iż po ponad 200 latach Bóg zdał sobie nagle sprawę z tego, iż słońce stanowi centrum naszego układu planetarnego i twierdzenia Kopernika mogą zostać powszechnie zaakceptowane. Fakt ten oznacza jedynie, że to hierarchowie kościoła, albo zrewidowali swoje poglądy, bądź też presja środowiska naukowego uniemożliwiła dalsze forsowanie tezy, iż Ziemia stanowi centrum wszechświata. Sytuacja ta pokazuje jak bardzo uznanie nieomylności drugiego człowieka, bądź też wszelkiej maści instytucji może zapędzić w kozi róg naszą percepcję rzeczywistości. Dziś wierzymy wciąż, że Bóg mieszka tylko w kościele, i że nie idąc tam w niedzielę popełniamy grzech, wierzymy w to, iż Bóg w czwartek zezwala na jedzenie mięsa, w piątek natomiast tego zakazuje, wierzymy, że okresie karnawału możemy doświadczać radości, od marca zaś powinniśmy się jej wystrzegać, wierzymy w wiele dogmatów, które pozornie nas obowiązują, nie wnosząc w rzeczywistości nic do budowania naszego człowieczeństwa. Dla wielu dziś wciąż nie do przyjęcia wydaje się twierdzenie, że to Bóg i nasza osobista relacja z nim, nie zaś instytucja kościelna, stanowi centrum duchowego wszechświata każdego człowieka. Podobnie jednak jak i z dziełem Kopernika przyjęcie tego faktu jest jedynie kwestią czasu. Dlaczego? Bo: „ Nie będziesz miał Bogów cudzych przede mną”.

11 Udostępnień

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.