Mama

Długo już nie siadałem do pisania. Następny wpis miał być opisem cudu, wspaniałego uzdrowienia, tak więc czekałem, aż będzie po wszystkim i będę mógł całemu światu ogłosić, że będący już w ostatnim stadium nowotwór nagle się wycofał. O chorobie mamy dowiedziałem się, przylatując na Święta Bożego Narodzenia. Rak trzustki z przerzutami na wątrobę z medycznego punktu widzenia brzmiał jak wyrok, szczególnie że jak twierdzili lekarze, do czasu kiedy choroba została rozpoznana, z wątroby pozostało jedynie sito. Mimo to wierzyłem, że mama będzie zdrowa. Wiek 58 lat był za szybki na umieranie. Ona też wierzyła w cud, podobnie jak reszta rodziny, Wigilię spędziliśmy więc niemal jak każdą inną, w miarę spokojnie, czekając na cudowne uzdrowienie, jak i zbliżającą się biopsję i wsparcie pomocy medycznej w postaci chemioterapii. Wyniki biopsji przyszły w połowie stycznia, dzień przed jej śmiercią. Jeśli miała odchodzić dobrze, że sprawy potoczyły się bardzo szybko, nie ma bowiem nic gorszego, niż patrzenie na cierpienie bliskiej osoby, kiedy jedyną rzeczą, jaką można dla niej zrobić to poprawić poduszkę. Ona nie narzekała, że jest jej ciężko ani słowem aż do ostatniej chwili. Zdradzała się jedynie od czasu do czasu krótkim jękiem wydobywanym przy zmianie pozycji na łóżku, jak i zdradzały ją żółte i zmęczone chorobą oczy te same, których widokpodobnie jak jej śmierć, nawiedzał mnie od pół roku w snach. Dziś już nie dowiem się, czy była to zapowiedź nieuniknionego, czy ostrzeżenie przed tym, czemu można było zapobiec. Niezależnie od tego, czym były nachodzące mnie sny, wszystko to jest już przeszłością, a ta ma to do siebie, że można albo dać się jej pochłonąć, albo się z nią pogodzić. W tym drugim pomaga mi fakt czekającego spotkania z bliskimi po drugiej stronie. Wszyscy kiedyś stąd odejdziemy i jest to fakt niezaprzeczalny. Jedyną niewiadomą jest to, jak będziemy przygotowani na swoje odejście.

 Wraz ze snami o śmierci mamy pojawiło się intuicyjne poczucie, że jej śmierć faktycznie zbliża się szybko, mimo że zewnętrznie nic na to jeszcze długo nie wskazywało. Głównie w związku z tym pojawiła się we mnie myśl o napisaniu książki. Treści w niej zawarte miały przybliżyć mamę i innych do zapewnienia sobie jak najlepszego losu po drugiej stronie. Mimo że oczekiwałem na duży cud, który nie nastąpił, tragedia przyniosła ze sobą inne pomniejsze cuda. Wydanie książki będzie dla mnie takim małym osobistym cudem. Nie dlatego, że będzie tak wspaniała, ale dlatego, że bez całej tej historii, nie zdobyłbym się na ten krok, a jeśli napisanie jej pomoże w czymś choć jednej osobie, książka spełni swój cel. Żałuję jedynie, że ta która miała być pierwszą czytelniczką, nie dożyje momentu wręczenia pierwszego egzemplarza. Wracając do tematu cudów, zdarzyły się też inne małe, osobiste cuda innych osób o których, jako że stanowią one czyjąś przestrzeń osobistą, nie będę pisał. Zmierzam do tego, że nigdy nie wiemy, jakie są zamysły Boga. Mimo że nie dał mi tego, na co liczyłem, dał mi siły by się z tym pogodzić, jak i zbudować na tym coś wartościowego.  

W obliczu różnych tragedii zwykliśmy często pytać Boga “dlaczego”, obwiniać go oraz innych ludzi za nasze cierpienie, zastanawiając się, jak mógł do tego dopuścić. Otóż najważniejszym celem Boga nie jest to, by było nam lekko. Nie jest też jego celem, aby było nam ciężko. Najważniejszym jego celem jest to, byśmy byli dobrymi ludźmi, jak najlepszymi. Aby mogło to zaistnieć, każdy człowiek musi przejść przez okresy łatwiejsze i trudniejsze, poznać zarówno przypływy i odpływy, nauczyć się akceptować ich istnienie i nie przeklinać Boga i innych, kiedy odpływa to, co kochamy, nauczyć się nie tracić wiary, że jest On przy nas, tylko przez to, że życie nas bombarduje. Przeznaczeniem człowieka nie jest bycie radosnym głupcem. Przeznaczeniem człowieka jest bycie istotą duchową która, jako że doświadczyła ciężaru cierpienia, potrafi docenić lekkość radości, rozumie jedno i drugie, oraz rozumie innych ludzi, kiedy widzi ich cierpienie i kiedy widzi ich radość, istotą, która docenia wartość ludzi, bo wie, jak boli ich strata. Nigdy nie wiemy, kiedy przyjdzie pora na naszą śmierć. Nigdy nie wiemy, kiedy przyjdzie pora na tych, którzy nas otaczają. Czy doceniamy więc ich wartość w każdej chwili naszego życia? I pamiętajmy, po każdym odpływie przychodzi kolejny przypływ. Nie dajmy się więc złamać! Nie traćmy wiary! 

Do zobaczenia mamo! 

 
10 Udostępnień

Jeden komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *