Krystyna

Zbudzona warkotem silników, sięgnęła ręką po butelkę krajowej czystej stojącej na stoliku obok łóżka. Wciąż przymroczone alkoholem oczy nie dostrzegły, że nad ranem zdążyła wypić całość. Dziś potrzebowała nieco więcej, by znieczulić twarz, obolałą po kolejnym ciosie. Wiedziała,  że ma on stresująca pracę i jakoś musi odreagować. Poza tym sama już nie nie była pewna, czy słusznie obwinia ją o śmierć Maciusia. Zmarł zaraz po porodzie. Lekarze stwierdzili wrodzoną niewydolność płuc. Doktor zapewnił, że to nie jej wina. Dobrze się odrzywiała, chodziła na badania kontrolne, nie piła. Andrzej jednak powtarzał, że to ona. A co jeśli ma rację,  co jeśli ma rację? Powtarzane w głowie pytanie przerwał głos krajowej czystej,  upominającej się o uzupełnienie promili. Chwiejnym krokiem zeszła na dół i już po chwili stała w kolejce, długiej jak zawsze o tej porze. Już za jakiś czas, miał we wsi powstać drugi sklep. Liczyła na to, że kolejki będą krótsze,  nie będzie już być może słuchać szeptanych konwersacji na swój temat  tak jak i teraz. Niedaleko przed nią wyłaniała się sylwetka Kownackiej, sąsiadki spod ósemki, a tuż przed nią Gadziejewska, z klatki obok.

– A Górską dziś widziałaś? Albo znów zachwiało ją na schodach, albo w mordę jej dał. Co się chłopu dziwić? Chleje, to dostaje, żeby nie piła. Jakoś ją rozumu musi nauczyć.

– Rozum to już przepiła. Jak się na śmierć zachleje, to będzie chłop spokój miał. Mój Janek już w pokoju spoczywa, a ze mną by lepiej mu było. Nie taka stara ja jeszcze- kończąc łamliwym głosem upewniła się Kownacka.

Górska szczerze jej nienawidziła. Futro z szynszyla, które ubierała, na pierwsze lepsze wyjście do sklepu, pokazywać miało jej przewagę finansową. Nad łańcuchem głów, wyłaniał się kapelusz Kownackiej, w którego niedopasowaniu jej zdaniem do reszty ubioru, dopatrywała się wychodzącej z niej wsi. Jeszcze trochę i wiedziała, że stąd wyjedzie, prędzej czy później, być może do siostry. Z nią jednak kontakt urwał się już całkiem dawno. Wiedziała, że w większości z jej winy.  Czas poświęcała głównie na czystą krajową, przez co po części nie było kiedy zadzwonić, a po części było jej wstyd. Wszyscy wiedzieli, że pije. Wszyscy wiedzieli, że Maciuś nie żyje. A co jeśli przez nią? Co, jeśli faktycznie przez nią?

– Nie myśl o tym! Już niedługo stąd wyjedziesz. Zapewniła się Marzena. Wprawdzie przyjdzie jeszcze otrzymać trochę razów od Andrzeja, jeszcze powystawać w kolejce, ale już niedługo, a i nowy sklep otworzą.

– Czysta krajowa? Z gęstwiny myśli wybiła ją kasjerka.

– I papierosy, te co zawsze. Odparła już radośniejsza. Droga powrotna zawsze była łatwiejsza. Jeszcze przez kilka godzin będzie mogła uciekać. Ucieczka to jedyne, na co miała odwagę, choć na tę najważniejszą dla niej wciąż nie miała sił, ani pomysłu.

 

Postawiła na stoliku butelkę. Jeszcze przez chwilę dzień miał zaoferować popołudnie złudzeń, popołudnie marzeń sennych, rozjaśnionych promieniami przebijającego się do pokoju słońca. Z każdym łykiem świat stawał się przyjaźniejszy. Turkot silników przestał być dokuczliwy. Wraz z głosami przechodniów stworzył orkiestrę, ubarwioną gdzieniegdzie trąbieniem klaksonów i śpiewem ptaków. Wszystko z czasem zaczęło cichnąć, aż nastała błoga nieświadomość. Budzik nastawiła na czwartą. Odkąd straciła pracę przez alkohol, robienie obiadu było dla niej najważniejszym punktem dnia. Ważne, żeby odpowiednio doprawić. Właściwy stosunek przypraw często decydował o jego nastroju. Bazylia i oregano były dla niej niczym sędzia. Potrafiły zarówno zmniejszyć,  jak i zwiększyć ilość razów i wyzwisk. W okolicach piątej cisza stawała się coraz głośniejsza, a turkot samochodów wiercił jej dziurę w głowie. Usłyszała szuranie butami po klatce schodowej. Wolniejszy krok zawsze zwiastował gorszy humor. Dziś przejście z parteru na pierwsze piętro schodziło  mu wyjątkowo długo. Czas spowolnił, a wraz z nim coraz głośniejsze bicia serca, między którymi zdążyła kilka razy sprawdzić smak zupy i ułożyć obrus na stole, równolegle do krawędzi. Wszelki brak dokładności potrafił odjąć jej punkty decydujące o jej losie. Drzwi otworzyły się.  W milczeniu rozebrał się, po czym skierował kroki do kuchni. Rozglądając się sprawdzającym spojrzeniem w poszukiwaniu kurzu i innych oznak nieczystości, usiadł przy stole. Krystyna również milczała, obserwując kolejne posunięcia męża i odhaczając w głowie punkty, na których już zdała egzamin. Dobrze,  że nastawiła budzik na porę dającą jej możliwość zadbania o kurze i zalegającą w zlewie stertę garnków, na którą wczoraj nie miała sił. Przyłożył łyżkę do ust, siorbiąc głośno, stawiając ją w stan gotowości. Ich spojrzenia się spotkały. Z oczu jego wyczytała, że przyprawy się nie zgadzały. Nie wiedziała jednak, na czym poległa, która z przypraw okazała się dziś tym złym sędzią. Teraz jednak nie miało to już znaczenia. Wiedziała, że już jutro znieczuli obolałą twarz, byle tylko odstać swoje w kolejce, a już niedługo postawią nowy sklep..(reszta w bliższej, lub dalszej przyszłości w książce)

6 Udostępnień

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *