Niestety przez brak czasu i trochę przemęczenia niewiele ostatnio piszę, to co już zaś naskrobię, ląduje jako potencjalny materiał na książkę. Są jednak słowa, które trudno przemilczeć. Czasem chciwość potrafi urosnąć w człowieku do takiego stopnia, iż zdrowie, a nawet życie ludzi ma pomniejsze znaczenie.
Nie jestem entuzjastą krzewienia paniki w sprawie, o której każdy dziś mówi- a no w sprawie koronawirusa. Sam w żaden sposób nie izoluję się od ludzi, nie noszę maseczki, nie wdrażam żadnych specjalnych środków profilaktycznych. Prawdopodobnie, gdyby i u mnie (mieszkam w Anglii) skala problemu sięgnęła tej, jaka ma miejsce choćby we Włoszech, zacząłbym się nad tym poważnie zastanawiać. Na tę chwilę zagrożenie zdrowia czy tym bardziej życia zdaje mi się mocno odległe, szczególnie w Polsce, gdzie dotąd przez koronawirusa, w przeciwieństwie do zwykłej grypy, nie zmarła jeszcze żadna osoba. Nie twierdzę, że polecam tę postawę każdemu, nie twierdzę, że jest ona właściwa, ale mam jak mam. Faktem jednak jest, że o wirusie, ani o prognozach jego rozprzestrzeniania się, nie wiem niemal nic, nie mam zamiaru więc wymądrzać się i odnosić jakoś szczególnie do decyzji rządowych czy też Głównego Inspektoratu Sanitarnego, który to zapewne ma w tej dziedzinie większe kompetencje niż ja, a przynajmniej na potrzeby tego tekstu, wystarczającym będzie tak założyć. Tutaj skupię się bardziej na faktach, a te są takie, że zarówno w Polsce, jak i Wielkiej Brytanii zaczynają być coraz wyraźniej wdrażane środki zapobiegawcze, jak choćby pierwsze zamknięcia imprez masowych, a przede wszystkim zamknięcie szkół, które dziś ogłoszono. Planowane są także zamknięcia kin i teatrów. Patrząc na kryzys, jaki dosięgnął Chiny, a także Włochy, posunięcie to wydaje się niegłupie, a na pewno byłoby nieodzowne w przypadku rzeczywistego wybuchu pandemii na dużą skalę. W kontekście radzenia sobie z takim scenariuszem padają jednak słowa, które w pełni przekonany jestem, że Bóg, słuchając je, zrywa boki ze śmiechu. Nawiasem mówiąc, celowo nie używam słowa „grzmi”, jako że wizję gniewnego Boga, czytający bloga wiedzą, że wkładam między bajki. Przejdźmy jednak do sedna tego wpisu.

„W związku z zaleceniami Głównego Inspektora Sanitarnego, aby nie było dużych zgromadzeń osób, proszę o zwiększenie – w miarę możliwości – liczby niedzielnych Mszy Świętych w kościołach, aby jednorazowo w liturgiach mogła uczestniczyć liczba wiernych odpowiednia do wytycznych służb sanitarnych”- napisał w komunikacie przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski ws. zagrożenia koronawirusem Abp Stanisław Gądecki.
Mówiąc o zamknięciu szkół, nawiązując do zagrożenia rozprzestrzeniającą się pandemią, nie zaleca nikt zwiększenia liczby lekcji, tak aby jednorazowa liczba uczniów mieściła się w wytycznych służb sanitarnych. Dlaczego? Jako że wszyscy traktujący zagrożenie dużą pandemią jako realne, włącznie ze służbami sanitarnymi, twierdzą, że tak jest najbezpieczniej. Zamykamy, znaczy zamykamy, koniec, kropka! I nawet gdybym zastanawiał się nad zasadnością tak zdecydowanych kroków na obecnym etapie zagrożenia w Polsce, wszystko, nawet to co złe, ma w sobie choć pierwiastek, za jaki można je szanować, nawet pomimo niezgadzania się z ogólną ideą czegoś i na tej też zasadzię decyzję rządową szanuję. Dlaczego? Choćby dlatego, że jest to działanie realne, które teoretycznie w sposób realny wnosić ma coś do zapobiegania. A działania takie, jak i nawet brak jakichkolwiek działań są lepsze niż działania udawane, które niby mają trochę pomóc, trochę nie i właściwie to wcale nie. Takowe są zwyczajną stratą czasu i energii, którą przeznaczyć można na wiele innych spraw. Jakie i czyje konkretnie działania mam na myśli?

Jeszcze nie tak dawno wszelkie wytyczne GIS-u oraz działania rządu w sprawie zapobiegania pandemii poparł kościół, włączając się w akcję głoszenia zaleceń profilaktycznych w czasie mszy, przychylając się do stanowiska owych organów mówiącego o powadze zagrożenia. Dlaczego więc Abp Gądecki, postrzegając zagrożenie wirusem jako realne, w przypadku poważnej pandemii, nie mówi o poniechaniu organizowania zgromadzeń dla wiernych, a wręcz zachęca do nich, twierdząc jednocześnie, iż organizacja innych rodzajów zgromadzeń powinna zostać poniechana dla bezpieczeństwa nas wszystkich? Pomimo iż spora już liczba ludzi za sprawą zachowania hierarchów zniechęciła się do chodzenia do kościoła (nie mylić ze zniechęceniem do Boga), wciąż na statystycznej niedzielnej mszy porannej mamy komplet wiernych zasiadających w ławkach. Załóżmy, że zwiększymy ilość mszy dwukrotnie (większa ilość zdaje się wg mnie nierealna do osiągnięcia). Uzyskalibyśmy w ten sposób hmm pół metra wolnej przestrzeni pomiędzy zgromadzonymi ludźmi? Ok, załóżmy wariant bardziej optymistyczny odległości jednego metra. Z tym że zaraz, wg najnowszych badań koronawirus potrafi przemieszczać się w powietrzu na odległość czterech i pół metra. Jaka ilość mszy musiałaby zostać uzyskana, aby zapewnić bezpieczną odległość w ławkach pomiędzy wszystkimi ludźmi? Są oczywiście teoretycznie inne możliwości jak rozbicie niedzielnych mszy na siedem dni w tygodniu, wciskając niedzielę w poniedziałek i wtorek, tak czy inaczej rozwiązanie to zdaje się nie dość, że technicznie skomplikowane, to i niebędące najbezpieczniejszą opcją dla nikogo. W treści komunikatu znajduje się co prawda światełko w tunelu dla osób w podeszłym wieku:
„Przypominam, że – w obecnej sytuacji – osoby starsze i schorowane mogą pozostać w domach i stąd śledzić transmisje Mszy Świętych, które są w niedziele w środkach społecznego przekazu, np. o godz. 7.00 w TVP 1, o godz. 9.00 w Polskim Radiu – Program Pierwszy, o godz. 9.30 w Telewizji Trwam, o 13.00 w TV Polonia oraz lokalne transmisje”.
Co jednak z osobami młodszymi lub nieschorowanymi, które nie chcą zwiększać szansy na zarażenie? Czy nie łatwiej byłoby zrobić transmisje telewizyjne przeznaczone dla wszystkich? Czy jeśli unikanie większych zbiorowisk ludzkich uznawane jest za najbezpieczniejsze (również wg hierarchów) w kontekście koncertów i seansów w kinie, dlaczego w odniesieniu do zgromadzeń kościelnych lepsze mają okazać się inne rozwiązania? Dlaczego episkopat, hołdując dotąd rozwiązaniom rządowym oraz GISu, zaczyna nagle wykonywać uniki, kiedy sprawa może dotknąć i jego w bardziej odczuwalny sposób? Namawiając więc na takie, a nie inne rozwiązania w kontekście zgromadzeń religijnych, ma episkopat na uwadze zdrowie wiernych, czy też coś innego?
Niestety ciężko uznać, że proponowane przez hierarchów propozycje są najbezpieczniejszymi możliwymi do wdrożenia. Jeśli więc nie o zdrowie fizyczne, może o duchowe się rozchodzi? Poszukując odpowiedzi, postarajmy się zagłębić w inne zdanie ujęte w komunikacie:
„W obecnej sytuacji pragnę przypomnieć, że tak jak szpitale leczą choroby ciała, tak kościoły służą m.in. leczeniu chorób ducha, dlatego jest niewyobrażalne, abyśmy nie modlili się w naszych kościołach”.
Przepraszam bardzo, to więc Bóg czy kościoły leczą choroby ducha? Być może ktoś upatruje leczniczego działania w otaczającej go konstrukcji cegieł, wg moich odczuć jednak płynie ono od Boga, jak również z moich własnych starań wkładanych w pracę nad swą duchowością. Boga spotykam natomiast również w domu i na ulicy. Zakładam, że polski episkopat nie odmawia mi prawa do tych spotkań? Załóżmy więc, iż pisząc „kościoły służą leczeniu” Abp Gądecki nie miał na myśli murów samych w sobie, a sam przebieg i atmosferę mszy, podczas których upatruje on zbliżenie się do Boga, jednak tutaj znów wracam do zapytania o transmisje telewizyjne dla wszystkich. Mówimy (ponoć) przecież przede wszystkim o uczestnictwie duchowym w duchowym wydarzeniu, nie zaś o obecności kości i innych tkanek ludzkiego ciała w określonej fizycznej przestrzeni. Jeśli nie moje kości i mięśnie w ceglanych murach są tutaj najważniejsze, dlaczego episkopat nie zaleca transmisji dla wszystkich? I nie zrozumcie mnie kochani źle. W pełni rozumiem potrzebę jedności, również tej fizycznej podczas wspólnej modlitwy (obojętnie już czy będzie ona miała miejsce w kościele, na łące czy gdziekolwiek), jednak tutaj rozwodzimy się nad potencjalną sytuacją zagrożenia zdrowia i życia (tak przecież przez rząd i kościół była dotąd przedstawiana) oraz nad staraniami w zminimalizowaniu ów zagrożenia, gdzie modlitwa w domach, w gronie rodzinnym byłaby najrozsądniejszym rozwiązaniem zapewniającym dbałość zarówno o zdrowie fizyczne, jak i duchowe, episkopat określa jednak rozwiązanie takie jako niewyobrażalne.
(ja)
– Boże czy mogę z Tobą pogadać, będąc w domu?
(Bóg)
– Synu, gdzie tylko zechcesz! Otwórz się na mnie, a zawsze będę. Pamiętaj, że jezusowe „czystość w myśli, słowie i czynie” możesz praktykować wszędzie.
(Abp Gądecki)
– Ale to niewyobrażalne!
Niestety, starając się odnaleźć sens w rozumowaniu Arcybiskupa, zmierzającym do zapewnienia wiernym bezpieczeństwa zdrowotnego, jak i dobra duchowego, nie jestem w stanie go odnaleźć i dociec, o co w całej tej „logice” chodzi, a jak nie widomo, o co chodzi, jak zawsze chodzi o kasę. Transmisje telewizyjne tacy nie zapełnią.
Jako że komunikat episkopatu spotkał się z ogromną falą krytyki i jako że ciężko doszukać się w nim mądrości, która mogłaby go wybronić, spodziewałbym się możliwego zrewidowania stanowiska episkopatu w najbliższych dniach. Niestety chwile próby i pierwsza na nie reakcja zawsze odsłaniają prawdziwe oblicze ludzkiej moralności, która potrafi być bardziej niszcząca niż jakikolwiek wirus. I nawet gdy pod wpływem nacisków efekty jej działania odkształcą się, rozrzedzą, rozpierzchną, wciąż w powietrzu pozostanie woń ów szkodliwego tworu, który jak każdy wirus musi odejść, a każda pandemia ma swój kres.
I kończąc, dodam od siebie tylko, że jakiekolwiek środki profilaktyczne do walki z wirusem nie zostałyby wdrożone, pamiętajmy, że panika nie jest wskazana nigdy (brak paniki nie oznacza też braku działań). Nawet zarażenie się wirusem wciąż oznacza niewielkie szanse na śmierć. Może on jednak przypominać o kruchości ludzkiego, fizycznego życia i o tym, że może ono zostać nagle przerwane, człowiek dobry jednak nawet i tego nie musi się obawiać. Człowiek dobry! A jeśli już o profilaktyce mowa, czy robimy wszystko by takimi być?

148 Udostępnień

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.