Idąc do Boga

Stanął na rozstaju dróg. Nie wiedział kiedy ani jak się tam
znalazł. Nie wiedział czy to jawa, czy sen, ani nawet, czy jeszcze żyje. Starał
się przypomnieć sobie cel swojej wędrówki, ale pamięć spowijała mgła, gęsta i
surrealistyczna, jak i cała reszta, która go otaczała. Żadna z dróg nie przywoływała
żadnych wspomnień ani do niczego nie była podobna. W ręku trzymał telefon, do
głowy nie przychodził mu jednak żaden numer, na który mógłby zadzwonić. Stanął
jak zahipnotyzowany, nie wiedząc co ma począć.

– Blokujesz ruch. Syknął poirytowany głos zza pleców.
Oglądając się, dostrzegł za sobą innych, starających się ominąć go w wąskim przejściu.
Postacie zdawały się równie zdezorientowane jak on, szły jednak przed siebie,
jakby mimo wszystko dokądś zmierzały.

– Dokąd idziemy? Zdawało się, że w końcu dostanie odpowiedź
na męczące go pytania.

– Każdy idzie swoją drogą. Odparł przechodzeń, znikając powoli
w jednej ze ścieżek. Wtem, Adam zauważył kierunkowskaz wskazujący na plecy
znikającej właśnie postaci. Na znaku widniał napis bogactwo. Po chwili mijać
zaczęły go kolejne osoby, każda przepełniona szalonym wyrazem twarzy. Droga
była szeroka, dostosowana niczym do natężenia ruchu. Im dłużej Adam obserwował,
tym większy tłum zdawał się podążać w kierunku, jaki wskazywał drogowskaz. Nie
chcąc pozostać sam, dołączył do reszty, niesiony coraz większą ciekawością tego,
co przyniesie wędrówka. Piaszczysta droga stopniowo wykładała się kamieniem, a
na jej zboczach zaczęły malować się ściany. Adam rozglądał się, obserwując
zanikające słońce i drzewa, pokrywane stopniowo marmurem, przenikniętym
gdzieniegdzie złotem, stawającym się po chwili głównym tworzywem nośnym dla
diamentowych sufitów, których blask zniewalał, ale i oślepiał. Nie wiedział,
czy zaraz nie straciłby wzroku, gdyby nie potknięcie, przy którym omal nie
upadłby na marmurową podłogę i leżącą pod jego nogami kobietę. Machając po
omacku rękoma, starała się podnieść, uniemożliwiał jej to jednak napierający
tłum ludzi, z których jedni wydawali się ślepi inni, mimo że wciąż widzieli,
nie zauważali tych leżących przed nimi i deptając po nich, szli przed siebie,
upadając po chwili, by samemu zostać przydeptanym przez idących za nimi ślepych
i szaleńców. Tłum wędrowców tworzyć zaczął coraz wyższy kopiec, a jego szczyt
utworzył drogę do znajdującej się wysoko groty, w której mieścił się skarbiec.
Ludzie o szalonych wyrazach twarzy zaczęli wdrapywać się na szczyt, a wśród
nich i Adam. Im dłużej spoglądał w górę, tym bardziej zawładniał nim głód
bogactwa, głód posiadania więcej niż inni. Depcząc po plecach, depcząc po
głowach parł do przodu, aż oczom jego ukazało się całe bogactwo świata. Chciał
w nim tonąć i wyszarpać wszystko dla siebie. Pozostali, o szalonych wyrazach
twarzy byli hienami, chcącymi odebrać to, co mu się należy. On był królem, a
usta jego krzyczały: więcej, więcej! Wtem, w diamentowej ścianie zobaczył zwoje
oblicze i wiedział, że nie należy do niego: głowa węża, pysk hieny i oczy, w
których odbijała się spoczywająca na złotym krzyżu dusza. Poczuł do siebie
odrazę i odrzucił wszelkie bogactwa, które zgromadził. Czas nagle spowolnił, po
czym rozległ się dźwięk jego telefonu.

– Słucham?

– Czekam na ciebie. Wciąż jest przed tobą więcej do odkrycia.

– Kim jesteś? Skąd znasz mój numer?

– Poznaliśmy się już i niedługo się spotkamy.

– Gdzie cię spotkać? Co to za miejsce i skąd we wszystkich
cały ten obłęd?

– Wszystko ma swój czas.

Głos w słuchawce rozłączył się, nie pozostawiając numeru, na
który Adam mógłby oddzwonić. Jeszcze raz otworzył pusty folder kontaktów w
poszukiwaniu choć jednej osoby, która mogłaby mu coś wytłumaczyć. Zrezygnowany,
udał się w drogę powrotną, do rozstaju dróg, od którego rozpoczynały się jego
wspomnienia. Dotarłszy na miejsce zobaczył tłum ludzi podążający w kierunku
jednej z dróg, na którą wskazywał drogowskaz z napisem władza. Liczył, że
właśnie tam spotka osobę, której głos słyszał w telefonie. Skierował kroki za
grupą ludzi, z których każdy miał szalony wyraz twarzy.

– Kto jest zarządcą tego miejsca? Spytał Adam, doskoczywszy
do idącej przed nim kobiety.

– Ja jestem. Odparła.

Nie biorąc jej słów zbyt poważnie, spytał o to samo kolejnej
osoby.

– Kto włada skarbcem i miejscem, do którego idziemy?

– Ja władam. Odpowiedział mężczyzna, odprowadziwszy Adama
szalonymi oczyma.

Adam zobaczył przed sobą ludzi, z których każdy starał się
objąć kontrolę nad tymi znajdującymi się obok. Jedni górowali nad członkami
swoich rodzin, inni odgrywając role kierowników i menadżerów rządzili
podległymi im pracownikami. Silniejsi i bardziej wyrafinowani odgrywali posłów
i prezydentów, prowadząc na kagańcu pełzających za nimi ludzi. Wtem Adam
zobaczył znany już sobie spod skarbca widok stosu ludzi, który otwierał drogę
do znajdującego się na samym szczycie tronu. Postanowił objąć władzę i
przywołać do siebie tajemniczego nieznajomego, którego odnalezienie stało się
jego głównym celem. Wspinając się po plecach, wspinając się po głowach ludzi o
szalonych wyrazach twarzy, dosięgnął szczytu i zasiadł na tronie.

– Przywołuję cię do siebie, abyś uklęknął przede mną i wyjawił
mi swe imię, bo odtąd ja jestem panem tego miejsca.

Wszyscy zgromadzeni padli przed nim, po czym rozległ się
dźwięk telefonu i tajemnicza postać przemówiła.

– Silny król nie odbiera wolności, lecz ją przywraca. Czy
potrafisz uwolnić lud swój od ich własnych ograniczeń i sprawić, żeby powstali?

– Kim jesteś, żeby nauczać mnie, jak mam sprawować władzę?

– Jestem twoją nadzieją na zbawienie od twych własnych
ograniczeń. Władaj lub daj się prowadzić.

Adam, zszedłszy z tronu, udał się w stronę rozstaju dróg, od
którego rozpoczynały się jego wspomnienia…

Reszta pojawi się w książce, a później i na blogu:)

5 Udostępnień

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *