Gdziekolwiek jesteś...

Gdzieś w Polsce…

– Cukru trzy łyżeczki i śmietankę. Zażyczyła sobie Aneta, odwijając kolejnego cukierka.

– Ponoć unikasz kalorii i jesteś na diecie?

Monika podała kubek z kawą i przysiadła się do przyjaciółki. Czekał je nocny dyżur, który zawsze rozpoczynały porządną kawą, stawiającą na nogi.

– Tak, ale dzisiaj zajadam stres. Jutro mam pierwszą randkę, wiesz z tym ciachem z klubu.

– I znowu boisz się, że ktoś dostrzeże twoje boczki od nadmiaru słodyczy?

– Tak, dlatego zajadam.

Aneta zawsze potrafiła rozbawić Monikę, nawet kiedy starała się być śmiertelnie poważna. Poznały się rok temu w szpitalu, kiedy Monika zaczynała pracę pielęgniarki w wojewódzkim, jednak czuły, jakby znały się całe życie.

– A ty jak z Krzyśkiem?

– Dziś wraca do Polski. Właśnie powinien dojeżdżać. Oboje chcemy, żeby znalazł coś w kraju. Chcemy spędzać więcej czasu razem. Poza tym mamy w planach starać się o dzieci, a na odległość no cóż, technicznie trudne do wykonania.

Krzysiek pracował jako szef kuchni w jednej z niemieckich restauracji. Pracę miał nieźle płatną i ciężko było mu znaleźć sensowną alternatywę w ojczyźnie.

– Musicie więc intensywnie wykorzystać najbliższe dni. Aneta mrugnęła okiem i popiła swoją dużą czarną.

A paniom widzę jak zawsze wesoło. To dobrze, pacjentom przydaje się odrobina pogody ducha. Teraz jednak moje kochane zaczynajcie dyżur.

Łukasz, oddziałowy, był zawsze uprzejmy, choć i bardzo wymagający.

– Ty zrobiłaś kawy, więc ja zmywam. Czas zadowolić pacjentów i Łukaszka. Myślisz, że na którąś z nas leci?

Monika przewróciła jedynie oczami i wstała od stołu.

– Idę do pani Grażyny. Przeżywa swoje ostatnie chwile.

– Jedną nogą jest już po drugiej stronie. Staruszka gada coraz bardziej od rzeczy. Cały czas wspomina o wyjeździe do Kanady. Twoja obecność na pewno ją wesprze. Zobaczymy się za jakiś czas.

Odparła Aneta, zerkając do telefonu, czy też może Krystian nie napisał wiadomości. Po chwili Monika była już w pokoju pierwszej pacjentki.

– Dobry wieczór pani Grażyno. Jak się dzisiaj mamy?

– Jestem już zdrowa. Proszę o wypis. Chcę lecieć do siostry do Kanady. Odkąd wyleciała, nie miałyśmy okazji się zobaczyć. Mówią, że nie żyje, ale ja wiem, że wyleciała. Mam bilet. Już niedługo się spotkamy.

– Na wszystko przyjdzie czas. Tymczasem zmienię pani kroplówkę. Proszę się o nic nie bać.

– Nie boję się, bo on jest ze mną. Całe życie chciały mnie dopaść, ale zawsze pamiętałam, że on mnie chroni. Wiarą przenosiłam góry. To nasze słabości otwierają im furtkę do nas, a gdy już wejdą, tylko on może nam pomóc.

– O kim pani mówi?

– Są między nami niewidzialni, których celem jest jedynie sianie chaosu i niezgody. Zrobią wszystko by zniszczyć każdego, w którym budzi się światło.

– Nie wiem jak z niewidzialnymi, ale ludzi takich niemało i niestety widzę ich na co dzień.

– A pani Monika o kim mówi?

– Na przykład o teściowych pani Grażyno.

Uśmiechnęła się i postawiła talerz ze śniadaniem na stoliku, obok łóżka.

 Grażyna, nagle poderwała plecy z łóżka. Szarpiąc Monikę za bluzkę, zbliżyła jej twarz do swojej.

– Poproś, a on przyjdzie. Pamiętaj o tym, kiedy nadejdą! Pamiętaj, kiedy nadejdą!

Monika wyrwała się z objęć staruszki, tłumiąc powoli niepokój, jaki ta w niej wywołała.

– Jak na pół nieboszczkę ma w sobie jeszcze tyle siły, by wpędzić człowieka do grobu- pomyślała. Dokończyła swoje obowiązki w pokoju Grażyny i ruszyła do kolejnego pacjenta. Zauważyła na korytarzu uchylone okno, które raz po raz stukało, zagłuszając myśli i wpuszczając w korytarz chłód wieczornego wiatru, który według prognoz, miał w nocy jeszcze przybrać na sile. Skierowała się, by je zamknąć. Wtem, ujrzała nadbiegającego z drugiego końca korytarza Łukasza, wpatrzonego w Monikę, z wyrazem twarzy wymalowanym poczuciem winy. Choć nigdy jej nie skrzywdził, jego oczy wołały o przebaczenie za to, co miały przynieść ze sobą jego usta oraz świst wiatru.

– Tylko mi nie gadaj, że całowałeś inną.

Robiąc dobrą minę do złej gry, żartem zachęciła go do mówienia. Czyżby znów miała z nieznanych jej przyczyn stracić pracę? W poprzedniej placówce, mimo że wzorowo wywiązywała się z obowiązków, podziękowano jej za współpracę. Wtedy też chyba zaczął się cały ten okres niepowodzeń życiowych, który prześladuje ją do dziś. Krótko po utracie pracy, jej ojciec, z którym bliski kontakt był dla niej bardzo ważny, zaczął obwiniać ją o wszystkie nieszczęścia świata, stwierdzając, że zawsze wolał mieć syna. Gdzieś po drodze doszły kradzież jej samochodu i utrata pracy przez Krzyśka. Jego wyjazd do Niemiec pozwolił im związać koniec z końcem i po tym, jak i Monika dostała posadę w wojewódzkim wydawało się, że wszystko wróci do normy. Choć raz po raz życie wystawiało jej optymizm na próbę, nie traciła pogody ducha i nadziei.

– Przywieźli Krzyśka. Miał ciężki wypadek. Właśnie go operują. Byłem na fajce i natknąłem się na jego matkę.

Nastała chwila milczenia. Z sali obok wyszła Aneta, która wszystko słyszała. Monika nic nie mówiąc, podeszła chwiejnym krokiem do okna i zamknęła je. Oparła się o parapet, wpatrując się w niego, jakby chciała wyczytać, co przyniosą najbliższe godziny.

– Poradzicie sobie beze mnie, prawda?

Spytała, ruszając w kierunku bloku operacyjnego.

– Naturalnie, idź!

– Odprowadzę cię.

Aneta oparła dłoń na ramieniu przyjaciółki, nie wiedząc, jak inaczej może ją pocieszyć.

– Jak już stąd wyjdzie, oboje bierzemy urlop i ruszamy w jakąś podróż. Może i my odwiedzimy Kanadę.

Zdobyła się na żart, widząc grobową twarz Anety, osoby reagującej zazwyczaj bardzo emocjonalnie, dla której opanowanie, jakim wykazywała się Monika, stanowiło nie raz punkt jej rozważań. Nie wiedziała, skąd Monika znajduje w sobie siły, czuła jedynie, że przy niej jest jakby bezpieczniejsza, a świat barwniejszy i skrywający w sobie więcej tajemnic, których sama odkryć nie była w stanie.

– Nie zabierajcie tylko ze sobą pani Grażyny.

– Kiedyś nasze drogi się złączą, ale póki co liczę, że Grażyna wybiera się w innym kierunku. Oby było jej tam równie kolorowo, jak w tym świecie. Oddzielając fakty od jej majaczeń, wnioskuję, że wiodła bardzo bogate życie, jednak po śmierci męża, a potem jej siostry załamała się nerwowo, a teraz wdarł się udar i znalazła się tu.

– Gdyby nie Łukasz o niczym bym się nie dowiedziała. Jego matka mnie nie znosi. Miała nadzieje zeswatać go z córką swojej sąsiadki i przyjaciółki od plotek i wtedy pojawiłam się ja. Wciąż nie potrafi mnie zaakceptować.

Z naprzeciwka otworzyły się drzwi. Wyłoniła się z nich znajoma twarz Łukasza Strzelczyka, opuszczająca salę operacyjną. Twarz doktora była zmęczona i szukająca oddechu. Szybko rozpoznał koleżanki z udarowego.

–  Zmieniacie wydziały? Zapewniam, że tutaj nic ciekawego.

– Jestem partnerką Krzyśka, tego po wypadku. Operowałeś go?

– Panie doktorze, proszę mówić jak mój syn?

Z krzesła na korytarzu poderwała się Wanda, zignorowana jak dotąd przez wzrok pozostałych matka Krzyśka i przyszła teściowa Moniki.

– On uległ wypadkowi przez to, że jechał do niej. Nic by się nie stało, gdyby jechał gdzie indziej. Proszę zabrać tę dziewuchę z mojego widoku. To nie jest rodzina! To nie jest jego rodzina! To nie jest jego rodzina!

Z sekundy na sekundę zdawała się wpadać w coraz większy szał. Ubrana w czarny płaszcz, jak gdyby szykowała się już na pogrzeb syna, rzuciła się na Monikę, chowając zaciśnięte dłonie w gęstych, farbowanych na karmelowy blond włosach. Łukasz z pomocą Anety z trudem odciągnęli kobietę od swojej zdezorientowanej ofiary.

–  Na litość boską, opanuje się pani! Ona nie miała na ten wypadek żadnego wpływu. Krzysztof walczy o życie i na tym się skupmy.

Podirytowany Strzelczyk nerwowo macał kieszenie w poszukiwaniu papierosów.

– Dla niej Bóg nie znajdzie litości, za to, że wtargnęła w nasze życie.

Strzelczyk wyciągnął z paczki papierosa i zapalniczkę. Schował paczkę do kieszeni, po czym kontynuował, gestykulując nieodpalonym papierosem przed oczami Wandy.

 – Krzysztof trafił do nas ze  stłuczeniem płuc, pękniętą śledzioną i złamanymi żebrami. Śledzionę usunęliśmy. Poza tym, ma ostrą niewydolność oddechową i na tę chwilę to nasze największe zmartwienie. Jakiś czas będzie musiał być podłączony do respiratora. Na chwilę obecną wolałbym, żeby wstrzymać się z odwiedzinami. Będę informował na bieżąco.

– Monia, ja muszę wracać na oddział. Jesteś silna. Przejdziesz przez to.  Zajrzę do ciebie, jak tylko będę mogła.

– Idź kochana. Dzięki za wszystko.

Aneta oddaliła się w stronę udarowego, upewniając się jeszcze przez ramię, czy jej przyjaciółka jest bezpieczna.

– Ja idę do kapliczki pomodlić się za syna i za to, żebyś go nie dostała. Cały czas powtarzam mu, że zasługuje na lepszą kobietę.

Postać Wandy zaczęła się oddalać. Zachodzące słońce jesiennego wieczora, prześwitujące gdzieniegdzie przez chmury, zaczęło chować się za ścianą szpitala, zaciemniając korytarz i czarny płaszcz Wandy, choć może to i on rzucał cień na szpitalne ściany, podążając za swoją właścicielką, by po chwili zniknąć całkowicie sprzed oczu Moniki, sunąc w dół klatki schodowej. Monika, znalazłszy ulgę pod nieobecność matki Krzyśka, przeniosła się marzeniami do Kanady wraz z ukochanym. Zawsze kiedy sytuacja starała się ją przerosnąć, uwielbiała zatopić się we własnej wewnętrznej rzeczywistości. Tam kreowała nowe, lepsze jutro, które wkrótce miało się objawić. Tym razem szła z Krzyśkiem za rękę wśród malowniczych jezior i gór odbijających się w tafli krystalicznie czystej wody, by skoczyć za chwilę ze szczytu Niagary i szwendać się po centrach handlowych Montrealu. Oboje czuli wszystko możliwość. Czuli, że świat jest dla nich, a oni są dla świata.

Pomyślała, że ostatnio oboje żyli głównie  pracą oraz wychodzeniem z finansowego dołka i z racji tego, nie zostawiali sobie zbyt wiele czasu na wspólne wypady. Utracili gdzieś po drodze spontaniczność, która wcześniej towarzyszyła im na każdym kroku. Znów chciała spędzić z nim tydzień,  jak w tamtym roku w Bieszczadach, gdzie dnie spędzali na spacerach za rękę, a nocami oddawali się namiętności. Od jakiegoś czasu coraz rzadziej dotykali się tak jak wtedy. Sex stawał się powoli jedynie którymś kolejnym razem. Zapomnieli, jak to było delektować się nim, delektować wspólnym śniadaniem, wspólną wieczorną rozmową. Wszystko robili na szybko. Na wszystko brakowało czasu. Krótkie wizyty Krzyśka w Polsce wypełniły wspólne wizyty w markecie, na poczcie, wspólne planowanie finansów i obiady u przyszłych teściów, szczególnie u jej przyszłych teściów, gdzie Wanda za każdym razem przeprowadzała wywiad na temat ich dalszych planów, dodając do nich konieczne poprawki. Nieodłącznym  punktem każdej gościny byly złośliwe uwagi kierowane w stronę Moniki, uświadamiające jej, jak bardzo brakuje jej jeszcze, by zasłużyć na miano synowej Wandy. Jednak nie chciała zanurzać się w przykrych wspomnieniach. Jeszcze raz wróciła do domku w górach. Odchyliła głowę do tyłu i delikatnie musnęła palcami wzdłuż szyi. Czuła na sobie jego usta i kieliszek wina w swojej dłoni. Zsunęła rękę niżej, dotykając swojej piersi. Ramiona jego objęły ją w talii, były silne, ale i czułe. Upuściła kieliszek, malując drewnianą podłogę na czerwono. Zatopili się w sobie przy akompaniamencie starej gramofonowej płyty, będącej na wyposażeniu wynajmowanego domu, jednak miłosne uniesienie zostało przerwane przez coraz donioślejsze stukanie obcasów o podłogę szpitalnego korytarza.

– Rozmawiałam z mamą pół godziny temu. Jakieś nowe wieści w tym czasie?

Dosiadła się do niej Kasia, siostra Krzysztofa. Obie od początku znajomości złapały ze sobą całkiem niezły kontakt. Tym, co je łączyło to próby ingerencji w ich związki przez Wandę. Kasia zawsze miała wyjść za biznesmena, bądź prawnika. Trafił jej się jednak muzyk, będący drugim po Monice „ulubieńcem” Wandy.

– Doktor kazał czekać. Nic nowego nie wiem. Wciąż mamy zakaz odwiedzin.

– Palant wyjechał mu na trzeciego. Krzysiek uciekał na pobocze i wjechał w drzewo. Tamtego nawet nie złapali. Mówiłam mu, żeby był ostrożny. Życie jest takie kruche.

Opuściła głowę i zakryła ją w dłoniach.

– Nie mów jakbyśmy miały go zaraz opłakiwać. Wygrzebie się. Słyszysz? Musi!

Monika starała się być dla niej wsparciem, choć jej pewność siebie coraz bardziej zastępował dziwny niepokój.

– Cholera, przydałoby się usłyszeć od Łukasza coś nowego i budującego.

– A gdzie moja mama?

Monika przemilczała odpowiedź.

– Słuchaj, przepraszam cię za nią. Zasługujesz na inne traktowanie.

– Wy też z Kamilem nie macie z nią łatwo. Nie przejmuj się mną. Może kiedyś zrozumie, że nasze życie to nasze życie i nasze decyzje. Jest w kapliczce. Pewnie niedługo wróci.

– Niech się nie śpieszy.

Odpowiedziała, szturchając łokciem Monikę.

– A co do Kamila, chcesz zobaczyć nasze zdjęcia z rajdu rowerowego?

– Jasne, dawaj.

Obie oddały się wymianie zdjęć oraz wrażeń z wypadów ze swoimi mężczyznami. Przez godzinę nie dowiedziały się niczego nowego o stanie zdrowia Krzysztofa. Monika czuła się coraz gorzej zarówno psychicznie, jak i fizycznie. Coraz cięższy oddech dodawał jej kilogramów i wgniatał jej wzrok w posadzkę szpitalnej podłogi, oddalając jej uwagę od opowieści Kasi. Tworzące posadzkę wzory zaczęły wirować, zamazywać się i układać się w nowe kształty. Oczy Moniki wyodrębniły z nich rysy twarzy, postaci zanurzonych w chocholim tańcu, poruszających się w rytm szumu wiatru dochodzącego zza szpitalnego okna, wciąż wzmagającego się i wyginającego na boki korony silnych dotąd drzew. Postacie drwiły z niej i hipnotyzującym tonem zapraszały do siebie.

– Zatańcz z nami kochana. Zatańcz z nami.

– Nigdy! Wykrzyknęła na całe gardło Monika.

– Nie rozumiem. Co ci się stało?

Spytała przelęknionym głosem Kasia, wygaszając galerię zdjęć w telefonie.

– Muszę się przejść. Słabo mi. Nie zwracaj na mnie uwagi.

– Przejść się z tobą?

– Powiedziałam, nie zwracaj na mnie uwagi!

Odpowiedziała nerwowym głosem Monika, po czym wstała z krzesła i niepewnym krokiem zaczęła oddalać się w głąb korytarza. Kasia nie była przekonana, czy ta zwyczajnie nie miała sił prosto iść, czy też kołysała się na boki, tańcząc w rytm niesłyszalnej muzyki.

– Jak tylko wrócę, będę mogła odwiedzić Krzyśka. Jest już z nim lepiej, tylko Łukasz zapomniał przekazać, na pewno. Ja też bywam zabiegana w pracy. Rozumiem go.

Przebąkiwała sama do siebie, zwalniając jednocześnie coraz bardziej kroku. Przystanęła w końcu w miejscu wpatrując się przed siebie błędnym spojrzeniem, by odwrócić się nagle w stronę Katarzyny. Uśmiechnęła się do niej i rozchyliła usta.

– Zatańcz ze mną!

Runęła bezwładnie na podłogę, tracąc przytomność. Ułożone jak do walca ręce czekały na swego tancerza. Dłonie nadzwyczaj drobne, niemal bezbronne, czekałyby objąć drugie ciało i pozwolić zabrać się w podróż po krawędzi. Dłoń silniejsza od jej własnej chwyciła ją, domagając się posłuszeństwa. Druga jej ręka spoczęła na męskim ramieniu, silnym i stanowczym, a twarze ich złączyły się we wspólnym tańcu. Prowadzona krok po kroku, nie czuła się komfortowo, jednak nie miała dość siły, by protestować. Ich ciała stanowiły odtąd jedno ciało, a słowa jego wypełniły jej słowa. Miał jej pozwolić zaznać to, czego dotąd nie czuła, zamienić dzień w noc, a miłość w nienawiść. Znaleźli się na sali otoczeni również przez inne pary tancerzy. Kobiety ubrane w szykowne suknie, partnerzy zaś w dostojne smokingi, sunęli z gracją po parkiecie, wirując raz po raz, zatanczając okręgi. Każda z tańczących postaci miała ubraną maskę. Jedne przedstawiające twarze piękne, o oczach bardziej błękitnych niż ocean i bardziej brązowych, niż piasek pustyni. Inne posiadały maski pełne brzydoty, z wyrazem pustym, wręcz upiornym. Miała poczucie, jakby wszyscy tańczący zdawali egzamin i starali się zasłużyć na czyjeś uznanie, jednak każde z nich należało do innych światów i inny miał ich spotkać los. Dostrzegła, że sala balowa otoczona jest widownią, obserwującą ich poczynania, widownią pochodzącą z dwóch różnych biegunów, które przywoływały do siebie tancerzy. Światło i mrok tańczyły ze sobą, przenikając tych na parkiecie i upominając się o wybranych.

– Zatańcz z nami! Zatańcz z nami!

Z szyderczym uśmiechem zwróciły się w stronę Moniki postacie o upiornych maskach, otoczone przez napływającą do nich  z zewsząd czerń. Sylwetka partnera Moniki objęła ją mocniej, nie pozwalając jej jednak dostrzec swoich konturów. Im bardziej starała się dostrzec, choć zarys jego postaci, tym bardziej wzrok jej spowijał jedynie mrok, pochłaniający ją i nieskończony, tym bardziej czuła w sobie szaleństwo, pochłaniającą ją nienawiść, która z każdą chwilą smakowała jej bardziej i bardziej.

– Zawołaj po pomoc do cholery!

Niczym przez ścianę zaczął do niej docierać głos Katarzyny, a rozmazany obraz zaczął przypominać jej sylwetkę. Głowa Moniki spoczywała na kolanach przyszłej bratowej, a nad nimi stała postać Wandy.

– Chyba się ocknęła. Znajdę pielęgniarkę.

– Co się stało? Pamiętam, jak wstawałam z krzesła. Czułam się bardzo słaba.

– Szłaś się przewietrzyć i runęłaś na podłogę. Zachowywałaś się.. Monika czy ty czasem czegoś nie brałaś?

– Co masz na myśli?

– Zachowywałaś się… dziwnie, ale nie ważne.

– Od rana byłam zbyt zabiegana i nic nie jadłam, a do tego teraz Krzysiek. Jak tylko będzie po tym wszystkim, zjem coś porządnego i położę się spać.

– Nie kochana, skoczę dla ciebie po coś na ząb, a potem możesz się zdrzemnąć. Poczekajmy tylko na moją mamę. Nie zostawię cię tak samej.

Po chwili pojawiła się Wanda w towarzystwie Strzelczyka i pielęgniarki.

– Zabierzemy cię na szybkie badania i wracam do naszego pacjenta. Ludzie myślą o innych, a o swoje zdrowie nie zadbają. Jeśli chodzi o Krzyśka, wykonaliśmy drenaż opłucnej w celu odsączenia krwi, który nie dał jednak oczekiwanych rezultatów. Konieczna będzie torakotomia, czyli leczenie operacyjne z otwarciem klatki piersiowej. Brzmi może nie najlepiej, jednak bądźcie dobrej myśli. A tymczasem zajmijmy się tobą.

Monika osunęła się na wózek przygotowany dla niej przez pielęgniarkę.

– Zamiast niej przywieźcie mojego syna! Panie doktorze, proszę zwrócić mi syna!

 

Wróciła na korytarz, na którym siedziały Wanda z córką. Usiadła się po stronie Kasi, odbierając od niej zupę na wynos.

– Proszę kochana. No i co z tobą?

– Badanie nic nie wykazało. Prawdopodobnie to stres i niedojedzenie. Nie ma się czym martwić.

Popijała zupę wpatrując się w milczeniu w okno po drugiej stronie korytarza. Spojrzenia Wandy i Moniki spotkały się w jego odbiciu, w którym zastygły, zatrzymując na chwilę czas. Mimo że świat stanął w miejscu, dało się odczuć nadciąganie czegoś nieokreślonego. Powietrze zastygło, stając się coraz gęstsze. Wypełniło je napięcie i oczekiwanie na czyiś ruch. Spoglądała na twarz Wandy widząc w niej słabość. Zastanawiała się, jak doszło do tego, że tak długo pozwalała jej kierować sobą i dawać się zastraszać. Patrząc na siwe włosy i zmarszczki na twarzy Wandy, poczuła głęboką pogardę, która wzbierała w niej z każdym mrugnięciem staruszki. Wanda przeniosła zdezorientowane spojrzenie na swoje kolana, dając sobie chwilę na odzyskanie terenu, jednak Monika stawała się coraz większa i większa, a jej spojrzenie zdawało się dosięgać Wandę, uwalniając się z ograniczeń szpitalnej szyby.

-Mąż w delegacji?

-Słucham?

-Zdaje się wyjeżdżać coraz częściej. Nie dziw więc, że bardziej interesujesz się mną i Krzyśkiem, niż swoim małżeństwem. Starasz się zbudować mur między nim a mną, jednak żaden mur nie uchroni cię przed twoją marnością, przed którą tak uciekasz.

-Monika, mówisz do mojej matki!

– Mówię do zołzy, która przy okazji jest twoją matką. Czas by stanęła w końcu przed faktami, zamiast przed nimi uciekać. Jak ma na imię?

Zwróciła się ponownie do Wandy, po czym wstała, nie spuszczając z niej wzroku.

– Kto?

– Jego kochanka.

– Wypraszam sobie.

Wykrzyczała rozdygotana Wanda. Katarzyna, zdezorientowana, nie rozumiała zbyt co się dzieje, ani nie rozpoznawała już osoby, którą na szpitalnym korytarzu,  stawała się Monika.

– Zazwyczaj mówi do niej słońce. Czasami słyszę, jak rozmawia z nią po nocach. Wymyka się do kuchni, kiedy myśli, że śpię i nic nie słyszę. Ma na imię Kamila. Ale to bez znaczenia.

– Bez znaczenia jak ma na imię. Bez znaczenia do kogo ucieka. Ważnym jest, od kogo ucieka, od ciebie wredna zołzo. Ucieka tak bardzo, że nie ma go nawet tutaj, kiedy jego syn być może właśnie umiera. Liczy się tylko to, że nie widzi twojej zmęczonej od zgryzoty twarzy.

Kontynuowała Monika, jeszcze bardziej unosząc swój głos.

– Mamo, czy ty mu w ogóle mówiłaś, gdzie w tej chwili jesteśmy i co się dzieje?

Wanda spojrzała się na córkę, ale niewiele do niej docierało.

– Jest w tej chwili pod Poznaniem, u niej.

– Do cholery zadzwoń do ojca! Tu chodzi o jego syna.

– Chodzi o to, że….

Głos Wandy urywał się, nie pozwalając jej mówić.

– Chodzi o to, że byłam wtedy młoda i zauroczona kimś, kiedy poznawałam się z twoim ojcem. Krzysztof nie jest synem twojego taty, nie biologicznie. On o tym wie i nigdy nie potrafił mi tego wybaczyć. Nigdy też przez to, nie traktował Krzyśka do końca jak swojegoJednak potem był już tylko on, choć mimo wszystko, chyba ciągle się na mnie o to mści.

– Kurwa, nie nadążam już. Niech ktoś mi powie, że ten dzień to jest tylko jakiś sen!

Katarzyna zbierała oddech, patrząc na twarz Moniki przepełnioną nienawiścią do jej matki. Zawsze to Monika była tą, która pomagała jej opanować emocje. Tym razem budziła w niej jedynie lęk i utrudniała zebrać myśli. Wiedziała jednak, jak zachowałaby się normalna Monika. Dodałaby odwagi zarówno Kasi, jak i jej matce, pomimo tego, że sama cierpiałaby z powodu ciężkiego stanu ukochanego. Ponownie spojrzała na Wandę, kładąc rękę na jej ramieniu.

– Obie macie rację. Wszystko to, o czym mówicie, nie ma w tej chwili znaczenia. Liczy się w tej chwili Krzysiek, dla którego wszyscy musimy się jakoś trzymać. Mamo, zadzwoń w tej chwili do ojca. Poproś go, a przyjdzie!

– Co powiedziałaś?

Monika sprawiała wrażenie wybudzonej chwilowo niczym z letargu.

– Nie rozumiem.

– Co powiedziałaś do Wandy?

– Powiedziałam, poproś go, a przyjdzie, mój ojciec znaczy się.

Monika zastygła nieruchomo, a jej oczy zaszkliły się. Łza spłynęła po policzku, wpadając do ust, które potrafiły wydobyć tylko jedno słowo.

– Grażyna!

– Nie rozumiem. Znów chyba za czymś nie nadążam.

Rzekła zmieszana Kasia.

– Pani Grażyna! Nie nic, nieważne.

Monika pobiegła w stronę klatki schodowej, chowając w zwilżonych wargach kolejne łzy. Usiadła na schodach, chowając pod dłoniami zawstydzone oczy. Tym, co zawsze dawało jej siły, było zaufanie do Boga. Powierzała mu wszystkie swoje troski i troski innych ludzi, zyskując spokój i ciągły grunt pod nogami. Wiedziała, że jeśli tylko mu się zawierzy, wszystko będzie układać się możliwie dobrze. I nawet kiedy boży scenariusz nie spełniał do końca jej oczekiwań, w ostatecznym rozrachunku zawsze okazywał się doskonalszy, niż jej nieco egoistyczne nieraz chcenie. Tym razem jednak raczej niż Bogu, dała poddać się emocjom i to one, a nie zaufanie w boży plan, wzięły nad nią górę.

– Przepraszam cię Ojcze. Niech się stanie twoja wola, cokolwiek mają przynieść najbliższe godziny i najbliższe dni. Byleś tylko miał pod opieką duszę Krzyśka i dusze jego bliskich. Prowadź nas, bo wszyscy zapomnieliśmy co to wiara. Zapomnieliśmy co to miłość.

 Siedząc na którymś ze stopni klatki schodowej, mijana przez zatopionych w swoich sprawach ludzi, modliła się o dobro bliskich, strach i nienawiść zostały zastąpione spokojem i miłością, również do Wandy. Wraz z ciężarem niechcianych emocji czuła, że opuszczało ją coś jeszcze, obecność czegoś, co od jakiegoś czasu coraz intensywniej towarzyszyło jej w życiu. Obecność? Czy Grażyna mogła mieć rację? Z dołu klatki schodowej dał się słyszeć odgłos szybkich, męskich kroków, jak i nierówny, ciężki oddech, zdradzający pośpiech i nerwowość nieznajomego. Po krótkiej chwili rozpoznała przed sobą sylwetkę Zygmunta- męża Wandy.

– Co z Krzyśkiem? Gdzie dziewczyny?

– Przeszedł operację i musimy czekać. Niestety, niewiele wiadomo na tę chwilę. Na lewo. Idę z tobą.

Zygmunt, coraz bardziej przyspieszając kroku, ruszył w kierunku Wandy i Katarzyny, zostawiając Monikę za sobą. Po chwili cała trójka znalazła się we wspólnych objęciach. Monika zbliżyła się do nich, wypatrując wzroku Wandy, która to nieśmiałym gestem zaprosiła ją pomiędzy siebie, a Zygmunta. Było to pojednanie, którego jeszcze wczoraj, żadne z nich nie spodziewałoby się, wieczór, w którym syn zyskał ojca, żona męża, Monika przyjaciół, a wszyscy odzyskali wiarę w drugiego człowieka. I tak też wieczór ten zapamiętali. Kiedykolwiek zdarzało im się przywoływać we wspólnych rozmowach Krzyśka, pamiętali też ów wspólny uścisk na szpitalnym korytarzu i to, że mają siebie.

 

Wyszła właśnie od Wandy za spotkania na niedzielnej kawie. Lubiła czasem do niej wpadać. Jako że jej matka nie żyła już od lat, traktowała Wandę trochę jak swoją własną tym bardziej, że Wanda posiadała jedną bardzo istotną zaletę- piekła świetne ciasta. Piękna, majowa pogoda zapowiadała przyjemny spacer, na który ktoś, jak sugerował nieustępujący dzwonek telefonu, postanowił najwyraźniej zabrać się razem z nią. Wygrzebała z torebki komórkę z wyświetlającym się numerem Anety.

– No co tam kochana?

– Laska, nie uwierzysz, jakiego poznałam wczoraj faceta w klubie. Boski po prostu, a przy okazji ma kolegów. Miałaś wybrać się razem ze mną i co?

– Za tydzień, jeśli znów będziesz się wybierać, obiecuję! No i co tam z nim?

– Dziś wieczorem się widzimy. Ma na imię Daniel i mieszka niedaleko mnie, na Dębowej. Słuchaj…

Monika zapatrzyła się w górę, odwracając na chwilę uwagę od  monologu Anety, jaki miał zaraz się rozpocząć, podając opis wszystkich przymiotów kolejnego mężczyzny jej marzeń. Czyste niebo pozbawione chmur pozwalało poczuć na twarzy  ciepło wiosennego słońca. Usiadła na ławce, na której uwielbiała przesiadywać z Krzyśkiem, w dni takie jak dzisiejszy. Zamknęła oczy, uśmiechając się lekko.

 

– Gdziekolwiek jesteś, niech cię Bóg prowadzi!

25 Udostępnień

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.