Bóg, seks i Big Brother

Na przestrzeni dziejów ludzie, żyjąc w oddzieleniu od Boga na poziomie serca, łączyli się z jego własnym, wykreowanym na poziomie umysłu i dopasowanym pod własne potrzeby wyobrażeniem, mordowali, gwałcili z bogiem na ustach, wsadzając w jego usta swój własny gniew i ujmując jego dłonią swój własny oręż przeciwko niewiernym, mający niszczyć wszystkich posiadających inne poglądy, oraz inną wizję boga, najczęściej również wyposażoną w ludzki oręż nienawiści i przyodzianą w niedoskonałe ludzkie cechy. I choć czasy częściowo się zmieniły, wojny religijne nie toczą się dziś w takim nasileniu jak dawniej i chociaż Europa jest w pewnej mierze od nich wolna w aspekcie globalnym, wciąż pozostała w nas tendencja do przypisywania Bogu cech ludzkich niedoskonałości i opisywania Go własną miarą. Wciąż funkcjonują nawarstwiające się przez wieki nieporozumienia dotyczące drogi do Boga, zapętlające naszą uwagę wokół kwestii drugorzędnych, do tego ujmując często sprawy w sposób nie tylko marnujący nasz czas, ale i spychający nas z właściwych ścieżek. Czystość duchową, a którą to jest czystość od gniewu, pychy, zazdrości, chciwości itd.  identyfikuje się powszechnie z innymi przymiotami, które zarówno z czystością, jak i nieczystością mają niewiele wspólnego i same z siebie są wartością obojętną. Nieporozumienia te sprawiają, iż człowiek, zamiast pracować nad własnym wnętrzem szuka zbawienia duszy na płaszczyznach nijak do tego celu prowadzących. Życiem w czystości tak więc stało się odprawiane rytuałów,  choć najczęściej cechą, pod którą powszechnie upatruje się czystość duchową, jest abstynencja seksualna, zgodnie z czym osoba wyniosła,  kierująca się niechęcią do innych, nieprowadząca jednak aktywnego życia seksualnego może nazywana być żyjącą w czystości. Spytałbym co na piernik do wiatraka? I jeśli podejrzewa ktoś, że słowa te każą pisać mi wysoce rozbudzone potrzeby seksualne, jakie zapewne mnie cechują, zapewniam, że nic bardziej mylnego. Największą moją przyjemnością jest kawa w dobrym towarzystwie i na moje szczęście nie w abstynencji od kawy upatrywana jest duchowa czystość, bo bez niej dnia nie zaczynam.

W związku z kreowaniem seksu jako dzieła szatana powstała mała, zbiorowa histeria objawiająca się podglądnictwem: kto z kim, jak często, gdzie, o jakiej porze. Ciężko o częstszy temat plotek na piwie u koleżanki, czy w kolejce do kasy. Nie trzeba chyba dodawać, że rozmowy te mają zazwyczaj na celu krytykę obiektu plotek i stawianie się w pozycji lepszego, który to otrzymał boskie prawo osądzania innych. Są wśród nas oczywiście osoby, które oprócz przekonania o szczególnie niebezpiecznym oddziaływaniu wynalazku, jakim jest seks, starają się być zwyczajnie dobrymi ludźmi, nie potępiając innych, za życie w zgodzie z innymi przekonaniami. Istnieje jednak również spory procent ludzi cechujących się nieodpartą potrzebą skupiania uwagi na łóżkowym pożyciu innych ludzi, upatrując w nim szczególnie ważny element drogi do nieba. Wykazując się tendencją do zaglądania do cudzych sypialni, a przypisując jednocześnie Bogu nasze ludzkie cechy, stwierdzili, iż Stwórca jest z pewnością gościem z brodą, niemającym nic innego do roboty, jak skrupulatne śledzenie zachowań seksualnych swoich dzieci, który w swojej obsesji dotyczącej seksu, ustanowił dziesiątki sypialnianych praw, nakazów i zakazów, których przestrzeganie bądź nie, stanowić ma odtąd o zbawieniu duszy człowieka, bądź jej potępieniu. Odtąd też wścibskość przestała być wścibskością, stała się zaś pilnowaniem boskich praw, a jako że wszelkie odstępstwa od wyznaczonych praw, z całą pewnością, potępiane są przez Boga, potępianie innych przestało być złem, a stało się posługą bożą, oraz pomaganiu Stwórcy w wydawaniu wyroków. Okazuje się, że nie trzeba dziś już kupować drogiego dobermana, a żeby poszczuć człowieka, nie trzeba nasyłać policji ani telewizji. Mamy przecież Boga, a ten na pewno tylko czeka, by ramie w ramie z nami móc osądzić i strącić w otchłań, tych mających życie łóżkowe bujniejsze niż nasze, mniej bujne, inne.   

Póki co, na szczęście, nie uczepił się Bóg ścisłej kontroli innych sfer ludzkich interakcji. Nie powstała jak na razie Boska Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej opisująca w paragrafach zasady wspólnego picia kawy, jazdy na rowerze, czy rozmów na ulicy. Tutaj Bóg wyraźnie zaspał, a może też owe czynności nie wzbudzają w człowieku emocji na tyle, by musiał on posłużyć się Ojcem, w celu oparagrafowania owych sfer naszego pożycia według ludzkiego chcenia.  Istnieje wciąż jednak możliwość, iż człowiek owo gapiostwo Stwórcy naprawi i uzmysłowi mu, że rozpasana kultura picia małej, czarnej na każdym rogu nie może mieć dłużej miejsca i kawiarnie trzeba polikwidować. Na pozostałe zaś przy życiu lokale zostanie ustanowiona Boża licencja i wyposażone zostaną w system monitorujący, pilnujący by klienci pili tylko kawę według ściśle określonych reguł i tylko z poświęconymi ziarnami. Absurdalne? W końcu ponoć nawet człowiek nie rodzi się świętym istnieniem, pełnoprawnym dzieckiem Boga, obleczonym w prawo istnienia tu na ziemi. Gapiostwo Boga (lub też nasz brak zaufania do tego co stworzył) dało swój wyraz również przy naszych narodzinach, gdzie dopiero mocą rytuału naprawiamy to, czego Bóg uczynić nie zdążył. Jeśli więc, zarówno nasze poczęcie, jak i narodziny musimy oprawiać w kodeks praw i obowiązków w celu poprawy dzieła Bożego, dlaczego nie mielibyśmy robić tego samego z piciem kawy? Zyskalibyśmy wówczas możliwość strzeżenia Boskich praw na kolejnej płaszczyźnie życia, mogąc przy okazji uciec jeszcze bardziej od niewygodnego obowiązku przemiany wewnętrznej, który to pierwotnie stanowił kryterium dla zbawienia ludzkiej duszy. Czyż nie piękne jest, że odtąd o naszym losie po śmierci decydować miałoby to, czy też posiadaliśmy prawne pozwolenie na picie kawy, w ściśle wyznaczonych prawnie miejscach, z ludźmi, którzy również odpowiednie pozwolenie wykupili? Nie wspominając już o tym, iż oficjalne zrzeczenie się picia kawy stawiałoby nas w pozycji świętych i w oczach Boga doskonalszych od reszty. Nawet jeśli znaleźliby się inni, propagujący poglądy, że picie, bądź niepicie kawy, nie ma najmniejszego znaczenia, że jedyne znaczenie ma to, czy kochamy ludzi, to ich głos i tak ginąłby w tłumie, a tłum jak wiadomo, ma zawsze rację. 

Kilkanaście lat temu miliony widzów programu Big Brother zmieszało z błotem Frytkę, jedną z uczestniczek reality show, czego powodem była scena seksu w wannie. Co dziwne zamieszanie nie było spowodowane tym, że miliony Polaków, nie miało najwyraźniej nic ciekawszego do roboty, niż w oburzeniu pokazywanie palcami dwójki dorosłych ludzi, którzy pozwolili sobie na seks, lecz właśnie czyn owej pary, czyn, który przecież codziennie jest udziałem tych samych milionów ludzi, którzy ową parę obrzucili błotem. Parodia walki o duchową czystość! Dziś mamy kolejną edycję Big Brothera. Podejrzewam, że i teraz miliony widzów ucieszyłoby się na kolejny „skandal” i grzmienie Boga. Jednego jestem pewien, Bóg ma milion innych rzeczy do roboty niż zaglądanie pod pościel Frytki. Muszę się go spytać, czy ma ochotę na małą czarną, a może woli z mlekiem jak ja?

 

 

62 Udostępnień

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *